poniedziałek, 4 czerwca 2012

Wizyta domowa (u kultystów Asmodeusza)

Dziś zapraszam do pouczającej lektury o tym, jak dzielnie drużyna radziła sobie z wyplenianiem siedliska zła.
A na zakończenie - lekcja polskiego dla obcokrajowców, czyli zemsta na Szwedach za Potop... yyy... znaczy, karkołomną naukę wymowy i intonacji ich języka.


MG: Alex
Postacie:
Willem Constantine (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Wic (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter)
Erik The Bard
miał akurat wychodne


Otrzymaliśmy cynk, że w pewnym domu mieszkają szpiedzy złowrogiego Iron Circle. Albo jest tam świątynia plugawego boga Asmodeusza, a mieszkańcy są jego wyznawcami. Tak, czy siak - postanowiliśmy w nocy wejść do środka. Od wioskowego maga otrzymaliśmy magiczny orzech, który po uderzeniu nim w drzwi otwiera drzwi i rozbraja wszystkie pułapki.

- A co się stanie - zastanawia się filozoficznie Willem - jak zjem tego orzecha?
- Wtedy otwierają się... wszystkie otwory w ciele - brutalnie uświadamia kolegę elegancki zazwyczaj elf Ilorath i na samą myśl marszczy nos.

Postanowiliśmy wkraść się do domu. Akcję prowadzi nasz drużynowy "skradacz", zwinny Ilorath. Otwiera drzwi, sprawdza obecność pułapek, na paluszkach wkrada się do środka... W tym momencie gracz grający Iloratha wykonuje odpowiednie rzuty kończące się niespodziewanym sukcesem.
- DOBRA ROBOTA! - cieszy się głośno Richard grający Willa.
Niestety zapomniał, dodać że mówi to jako on sam, a nie jego bohater i zostaliśmy znenacka odkryci...


W domu rozglądamy się za pułapkami. MG opisuje graczowi widzącemu magię:
- Widzisz błękitną magiczną linię  przebiegającą wokół okna - ochrona przeciw intruzom.
- Tak, a na linii pojawia się magiczny napis "SOLID SECURITY" - wyjaśnia Richard.


Najpierw drużynę zaatakował ukryty w kominku imp. Latał wokół wszystkich postaci, chichotał, ciągnął za włosy, a czasem nawet atakował pazurami. Niestety był tak zwrotny i szybki, że żadna z pierwszopoziomowych postaci nie była go w stanie porządnie trafić (poza tym miał magiczną ochronę).
W końcu dzielnemu Illorathowi udało się zadać silniejszy cios temu czerwonemu, łysemu pokurczowi:
- A masz! - krzyczy Ilorath.
Imp na to piskliwym głosikiem: -Ty brutalu...

Następny w kolejce był Will. Zamierzył się do ciosu na impa i...
- You're mine tonight, bitch! - zakrzyknął dziarsko Richard i zaczął turlać kości, pewien wygranej...
- Nie trafiłeś - odpowiada z uśmiechem MG.
Potem głupi imp na wszystkich się obraził i uciekł. Ha!
(Gracze podejrzewali, że po prostu MG nie chciał dać skrzywdzić swojego pupilka...)


Jeden ze sługusów złego boga strzelił do nas z wielkiej, nieporęcznej kuszy, a później zaczął ją ładować... 
MG: - Patrzycie, a on ciągle ładuje tą kuszę i ładuje.... kręci korbą... i kręci...
Ktoś z graczy dorzuca: - I tak nastał poranek...



W końcu napotkaliśmy głównego wroga - kapłankę Asmodeusza. Mistrz Gry dokładnie ją opisał, włącznie z faktem, że na szyi ma zawieszony amulet. Udało nam się ją pokonać z wielkim trudem - w końcu jednak padła martwa na ziemię. Pierwszy doskoczył do niej kleryk Willem.
- Zrywam z jej szyi ten, no... znak... logo Asmodeusza!


A teraz akcent patriotyczny. Akurat tak się składa, że jeden z graczy, Håkan (grający elfem Ilorathem) mówi po polsku, więc podczas tworzenia postaci ustaliliśmy, że i Hornikatta zna język elfów - którym dla potrzeb gry będzie język polski (inni gracze go nie znają).  
Po zwycięstwie rozpoczęliśmy czytać księgi pozostawione w domu kultystów. Jedna z nich zawierała legendę o pewnym Wielkim Kapłanie Sarenrae. Ponieważ kapłan był elfem i pochodził z Bern (odpowiednik renesansowej Florencji), z którego pochodzi rówież Illorath, MG powiedział do gracza [po szwedzku, bo w takim języku graliśmy]:
- Illorath pamięta, jak nazywał się ten elficki kapłan. Jest w Bern bardzo znany. Możesz wymyślić jego imię. Będziecie o nim słyszeć jeszcze nie raz podczas waszych przygód, więc wszyscy muszą zapamiętać jego imię...
Przez kilka chwil naradzaliśmy się szeptem po elficku [polsku] i w końcu chórem zakrzyknęliśmy:
- ZDZISŁAW SZCZOTKOWSKI!!!
Mina pozostałych graczy - bezcenna.


Pamiętniś Hornikatty.

piątek, 1 czerwca 2012

Z kamerą wśród sowodźwiedzi i pająków

Drogie dzieci, w dzisiejszym odcinku zajmiemy się frapującym zajęciem wyrywania nóżek pająkom. A raczej - odcinania ich rapierami, toporami i trafiania im w oczy z łuku. Prosimy nie informować Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt - te pająki były mutantami, tworem plugawej czarnej magii, więc spotkała je zasłużona kara.

MG: Alex
Postacie:
Willem Constantine (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Wic (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter) 
Erik The Bard (Human)



Drużyna przemierza złowrogi las... idą i idą... i w dodatku dwa razy się gubią. Nagle jedna z postaci o mało nie wpadła w sidła na sowodźwiedzie. Dorodny sowodźwiedź wygląda tak:


 Gracze, wszyscy na levelu 1, wpadają w panikę, gdy okazuje się, że sideł może być - sowodźwiedzie muszą lubić to miejsce.
- I co my teraz zrobimy? Musimy znaleźć wsyzstkie sidła, żeby się w nie nie złapać!
- Jak? - Rozpacza kleryk Will po kilku koncertowo nieudanych rzutach na percepcję. - Nie mogę ich znaleźć, tu potrzeba cudu!
- No, właśnie, przecież jesteś klerykiem! - przypomina mu Illorath.
Mina Willa - bezcenna. 


Drużyna dotarła do polany, na której odnalazła zaginionego mieszkańca wioski - zawiniętego w pajęczy kokon. Hornikatta i Ilorath rzucili się mu na pomoc - i zaraz utknęli w rozsnutych pajęczych sieciach. Bard Eric nie stracił jednak rezonu i zaczął śpiewać pokrzepiającą pieśń:

[Szwedzka wersja "Itsy Bitsy Spider"]

Prawda, jak ten Eryk troszczy się o morale wszystkich swoich towarzyszy?

W  końcu wszystkie pająki-mutanty zostały pokonane. Ostatni potwór - Mama Pajęczyca - otrzymała śmiertelny cios od Iloratha w ten sposób:


Po zadaniu prawie-śmiertelnego ciosu, pytamy MG:
- No i co, pajęczyca nie żyje?! Zabiliśmy ją w końcu?!
- No pewnie, że NIE! - Oświadcza MG z zimną krwią. - Dlaczego zabijacie mi wsyzstkie potwory, jakie na was nasyłam, to niesprawiedliwe... - dodaje z łezką w oku.
- To ja śpiewam Grease [lvl 1 spell, żeby pająk się poślizgnął]. - Oświadcza Eric.
- Grease?! - dopytuje się MG, mając na myśli:
\

- Tak, Grease - potwierdza Eric.
- Matka Pajęczyca ucieka w popłochu! - deklaruje MG.
Na szczęście okazało się, że MG tylko żartował i bestię dobiliśmy.


Willem, który nie miał zbyt wiele okazji, by się wykazać - poza szybkim leczeniem wszystkich - rzucił się znienacka na zewłoki pajęcze i zaczął wyrywać im nogi (bo lokalny mag potrzebował ich do eliksiru dla nas).
- Co robisz?! - pyta reszta drużyny.
- No, jak to co! ZŻERAM NOGI PAJĄKÓW! Mmmm... chrupiące - i zdrowe!
W pewnych chwilach powątpiewamy, czy Will rzeczywiście nadaje się na kleryka...


Tymczasem okazało się, że pajęczyca zostawiła po sobie jaja...
- A ile tych jaj? - pyta Will.
- Tak na oko to ok. 20 000.
- ILE ZA TO DOSTANIEMY XP?
Okazało się, że nic. Sniff. Przecież wcale nie jesteśmy koksami.


Po drodze do domu dyskutowaliśmy o wrogu grożącym całej krainie Dalelands - złowrogiemu Iron Circle.
- Na szczęście są jeszcze bojownicy o wolność, zamaskowana partyzantka, która walczy ze sługusami zła. Partyzanci pod przywództwem Randalla Morna bronią dostępu do złóż pewnej magicznej substancji...
- Aha, to na pewno nazywają się "Al Qaida"!

Pamiętniś Hornikatty z sesji.