środa, 19 grudnia 2012

Tremulus, czyli horror pełen bydła

3Jane postanowiła nam dzielnie poprowadzić Tremulusa, pomimo (a może dzięki) naszemu wybitnemu zachowaniu na sesjach Lady Blackbird.

Tremulus RPG jaki jest, każdy widzi. A kto nie widzi, może poczytać na stronie projektu na Kickstarterze.
Osobiście system mi się spodobał, idealnie nadaje się do sesji RPG typu one shot w klimacie Lovecrafta (ah, ta moja słabość do macek).  Mechanika (będąca mutacją Apocalypse World Engine) jest prosta i elegancka, od strony gracza (będącego leniwcem) wygląda to tak: po pierwsze można wybrać sobie jedną z wielu wcześniej przygotowanych postaci i odpowiednio ją "stuningować" zgodnie ze swoimi upodobaniami, co nie zabiera wiele czasu (istotne dla graczy mających ograniczone zasoby czasowe). Każdy gracz wybiera atrybuty postaci, każda postać ma także kilka umiejętności "Basic Moves" (Convince, Help/Hinder, Read a Person, etc.). Ważne są również umiejętności/cechy specjalne, tzw. "Moves" - np. Antykwariusz posiada m.in. antykwariat i umiejętność targowania, Pisarz jest kreatywny, Ksiądz może liczyć na boską inspirację.. itp. - wszystko to wpływa odpowiednio na ich rzuty choćby częściowo w jakiś sposób powiązane z powyższymi "Moves". Oczywiście to od gracza zależy jakich "Moves" użyje i w jaki sposób umotywuje swoje działanie.


Każda postać ma oczywiście osobne rubryki na zaznaczenie stanu swojego zdrowia fizycznego i - obowiązkowo! - psychicznego, co sprawiało nam szczególną radość podczas sesji, gdy przyszło do odgrywania i odczuwania skutków ataku przerrrrrażających potworrrrów (w tej roli m.in. futrzasty dywan - ale o tym niżej). Ponadto określa się "Wealth" oraz "Lore" przekładające się odpowiednio na bogactwo i rzeczy posiadane przez postać (jak się okazuje, wybór między latarką sztormową a puszystym kotkiem może mieć kluczowe znaczenie dla fabuły, kto by się spodziewał?!), oraz na wiedzę (również okultystyczną), dzięki której można popchnąć przygodę znacząco do przodu... albo do tyłu.
Nawet kości łatwo przygotować na sesję - system bazuje wyłącznie na K6 (im więcej, tym lepiej - ale nie w aż tak przerażających ilościach, jak w legendarnych Star Wars WEG).

To wszystko sprawia, że naprawdę łatwo "wejść" w daną przygodę i zająć się rozwiązywaniem zagadek/odgrywaniem postaci/ratowaniem życia/świata, itp. (niepotrzebne skreślić). Gracze mają mnóstwo możliwości ingerencji w otoczenie i duże pole do popisu, jeśli o kreatywność chodzi. Podsumowując - nie traciliśmy godzin na zastanawianie się nad zasadami, wszystko szło sprawie, jasno i bez zgrzytów. To właśnie lubię w RPG, gdy mechanika nie przytłacza systemu, za to idealnie wspomaga akcję.

A teraz koniec rozpisywania się o technikaliach, czas na kfiatki z sesji Tremulusa na Skype!

MG: 3Jane
Dramatis Personae:
Doc Roberts - Żaku (The Salesman a.k.a komiwojażer)
Campbell Donovan Jr. - Smartfox (The Author a.k.a. pisarz, autory poczytnych Dime Novels. Zdjęcie autora przy pracy.)
Miss Lois Duvall - MidMad (The Dilletante a.k.a. młoda, bogata i zblazowana "chłopczyca")

Bydło zaczęło się od wyboru Rzeczy Bardzo Potrzebnych Postaciom Na Sesji. Autor oraz Miss Duvall zdecydowali, że będą mieć zwierzątka.
- Hmm... chcę mieć kota! - wykrzykuje Smartfox/Campbell -Tygrys bengalski! - za drogi.. ok, to będzie kot... będzie nazywał się... hm, Sierściuch... Albo nie, Bluźnierczy Sierściuch bo to przecież Cthulhu!
- A mój zwierzak... może być bardzo drogi... - stwierdza obrzydliwie bogata Miss Duvall/MidMad - To ja biorę tygrysa bengalskiego! - Po krótkim zastanowieniu stwierdza jednak: - Może to być gepard... i ma na imię Pimpuś!

Doc Roberts/Żaku nieufnie przysłuchuje się planom towarzyszy:
- Oni maja zwierzęta obronne... nie czuję się bezpiecznie... to ja jednak biorę ten rewolwer.

Gracze oglądają zdjęcia swoich postaci.
- Wyglądasz jak wczesny Picasso! - stwierdza Miss Duvall do Campbella. [słit f0cia]
Campbell spogląda na konterfekt towarzyszki [słit f0cia]: - Chyba ty!

Po chwili postacie dochodzą do consensusu:
- Ty jesteś bogatą dziedziczką, a my mamy bogate wnętrze. - stwierdza Campbell.
- Tak, mimo to, że wyglądasz jak mój ogrodnik.

Gracze przypominają sobie przed sesją swoje postacie:
- Ty kim jesteś, dyletantem? - pyta Smartfox.
- Wypraszam sobie! Le dilletante! - poprawia MidMad
- To ja jestem le authorre!

Żaku, tłumacząc znajomość pewnych środków odurzających, opisuje eufemistycznie swoją postać podczas obiadu u znajomego wiekowego arystokraty, niejakiego Nigela:
- Doc Roberts jest sprzedawcą tzw. medycyny alternatywnej, używanej przez wyższe sfery na taką powszechną dolegliwość, jaką jest nuda...
- A pan Nigel chętnie kupowałby od ciebie viagrę!

Gospodarz domu, Nigel, wyjaśnia postaciom, dlaczego wszystkich do siebie zaprosił:
- Przyszliście tu bo jedno z was odziedziczyć ma po mnie dom.
- O rany, nie jestem godzien!
- Taki nuworysz, jak ja...
- Eh, jeden dom więcej, jeden mniej... - Dodaje Miss Duvall zblazowanym tonem.


Stało się. Dom Nigela jest nawiedzony ! Tylko jedna osoba może przeżyć tę noc...
- Nie mogę zginąć - stwierdza z lekkim przestrachem Miss Duvall - Na jutro mam umówioną wizytę u fryzjera!
- O, Famous Last Words!


Bardzo podejrzany lokaj wpadł w szał. Znęcał się nad kotkami gości (Bluźnierczym Sierściuchem i Pimpusiem), w szale powalił na ziemię Campbella.
- Zaatakowales mojego przyjaciela! - oburzył się Doc Roberts.
- Chodzi o geparda Pimpusia?
- Nie, o mojego przyjaciela pisarza... no, tego, jak mu tam... - Roberts usiłuje wybrnąć z sytuacji.
- NO DZIĘKI! A przez chwile czułem się taki wyjątkowy... - pochlipuje Campbell w kąciku.


Mroczna scena wyznania stareńkiego Sir Nigela interesującego się okultyzmem, w nawiedzonym domu. Sir Nigel przepytywany szczegółowo przez Doca Robertsa w końcu ma zamiar wyjawić swoją największą tajemnicę:
- Wiesz, jak udało mi się przeżyć tak długo, 100 lat, w tak dobrym zdrowiu?
Następuje teatralna pauza, jesteśmy o krok od wyjaśnienia tajemnicy... chwila napięcia....
- Pewnie duzo alkoholu i papierosow? - strzela Doc Roberts.
W tej chwili Nigel zgubił wątek. MG i gracze też...


Gracze zastanawiają się jak uciec z wrogo nastawionego nawiedzonego domu. W końcu Miss Duvall stwierdza z entuzjazmem:
- Musimy stąd wyjść... Mam pomysł, dajmy się zerż... och, przepraszam, zarżnąć tym potworom i potem wrócimy jak duchy i...
... niestety reszta wypowiedzi utonęła w chichocie pozostałych graczy.


Smartfox chce napisać raport z sesji na swoim blogu (<REKLAMA> Lisia Nora </REKLAMA>) i robi notatki z sesji, chcąc później opisać błądzenie dzielnych bohaterów po lochach pod budynkiem:
- Dobra, zapisuje najważniejsze wydarzenia punkt po punkcie. 1) Campbell znajduje kupę.
(Jestem świadkiem - naprawdę ją znalazł! I należała do nietoperza... chyba.)


Widzimy strasznego potwora, wielkiego nietoperzoczlowieka (nietoperzołaka?). Pada na nas blady strach. Postacie są dosłownie sparaliżowane ze strachu, przerażone, spanikowane, wystraszone na amen.
- Poznacie mnie  - mówi Campbell siląc się na błyskotliwość w obliczu grozy - po kolorze moich spodni: z przodu żółte, z tylu brązowe.

Doc Roberts zaczyna uciekać z jedyną latarką, jaką posiada drużyna, zdradziecko opuszczajac kamratow, którzy nikną w ulubionej przez mordercze potwory ciemności:
- Łapię go za latarkę! - krzyczy Lois Duvall.
- Za latarkę, powiadasz? - pyta zaintrygowany Campbell (tonem "Kozioł, powiadasz?").

Pora na chwilę przytyków osobistych:
- Campbell Junior, który nie jest już takim juniorem...
- Hej, hej! Bez takich! ... idę po ołówek...
- O i rzucisz we mnie ołówkiem? - podpuszcza go MG - Bo na więcej nie masz siły?
- Ale to DUŻY ołówek - stwierdza Campbell Jr./Smartfox.
- Ja tu widzę jakiś kompleks... - Lois/MidMad próbuje psychoanalizy.
- Ja nie mam żadnych kompleksów! - protestuje Campbell. - A poza tym... Kompleksem nie będę rzucał...
- Bueeee... - rozległ się chóralny okrzyk wszystkich pozostałych uczestników sesji, z MG włącznie.


Gracze przez całą sesję prowadzą życzliwe rozważania na temat tego, jak zginą postacie innych graczy:
Doc Roberts barykaduje się sam w jednym z pokoi.
- A wiecie - mówi Smartfox - że w Obcym 2 jeden korp zmarł jak zamknął drzwi i się zabarykadował i myślał, że jest bezpieczny...

Campbell  Donovan Jr. tęskni za swoim kotkiem, Bluźnierczym Sierściuchem. Stwierdza, że musi po niego pójść, mimo niebezpieczeństw czyhających na korytarzu (w postaci potworów, interaktywnych elementów uzbrojenia i mackowato-futrzastego lepkiego i krwiożerczego dywanu owijającego się wokół wszystkich).
- A wiecie - Żaku odpłaca się pięknym za nadobne - że w Obcym 1 jeden gość zginał idąc po kota...

Mimo usilnych prób, Lois Duvall wyjątkowo nie robi nic bardzo głupiego, ani ryzykownego. Wreszcie zneicierpliwiony Smartfox stwierdza:
- A wiesz, ze w Obcym 3 kobieta zmarła w surówce hutniczej?

KURTYNA.

A na koniec prawdziwy rarytas: wielce artystyczny obraz z sesji (używaliśmy onlajnowego narzędzia do bazgrania, by narysować rozkład domu, wygląd niektórych rzeczy, itp. potrzebnych na sesji). Prawda, że nawet Picasso nie powstydziłby się tego dzieła?



piątek, 26 października 2012

Bardzo Stare Wary, dodatek do cz. 2

Wśród wykopalisk archeologicznych udało mi się natrafić na jeszcze jedną kartkę z kfiatkami do tamtej pamiętnej sesji. Bogactwo pamiętnych cytatów z tamtego wieczora było tak duże, że skończyło mi się miejsce w notesie.

Dla przypomnienia:

MG: Funio
Postacie:
Wookie o imieniu Jarrwarrr - Seji
Khall, padawan rasy Zabrak - Nelek
Twi'lekanka La'sara Fortuna - MidMad
Kaldoranin Kim Long - Tarquill


Jednym z dzielnych padawanów był Zabrak (ten z rogami kostnymi na czaszce, jak Darth Maul), którego przez pół wieczora bezlitosny Jarrwarr przezywał od jeży i żądał dla niego jabłek. Dziwnym trafem ten tekst stał się elementem przewodnim całej przygody na planecie Qatar.

W pewnym momencie mieliśmy straszną głupawkę, tak okropną, że żadne słowa tego nie opiszą... tak wygląda cytat z pewnej wymiany zdań pomiędzy padawanami (a może to były nowoczesne haiku?):
- Blabla dupa comlink bla
Żółwie bla bla jeże
i jabłka
- Mordercze jeże z Qataru... erm, z katarem!
MG spojrzał tylko na nas z politowaniem:
- Tak to jest, jak się nie leczy choroby...


Seji w pewnym momencie zaczął zawzięcie turlać D20. Turlał i turlał, cały czas wychodziły mu bardzo niskie rzuty. W końcu ktoś podsumował:
- Seji zepsuł D20!

Podczas zamachu na senatora scena wyglądała, jak Dallas podczas zamachu na JFK i usiłowaliśmy dać znać MG, że wiemy, jak się sytuacja przedstawia, skąd padły strzały, itp. MG jednak twardo nie dawał za wygraną i udawał, że jest ponad wszelkie aluzje:
- Wiem! Strzał padł z jednego z wyższych pięter biblioteki! - stwierdził Wookie.
- Nie... - westchnął MG - Tam jest tylko taki 8-piętrowy budynek...
Scena rozgrywa się dalej, w pewnym momencie MG stwierdza:
- Wchodzisz do budynku i ku twemu zdziwieniu... faktycznie jest tam biblioteka!


Padawanowie chcą jak najszybciej dorwać zamachowca. Jarrwarr postanawia wyruszyć pierwszy:
- Biegnę po schodach, bo jako padawan nie mam skilli typu Force Fly i nie mogę latać.
- A co to jest Mucha Mocy?

Zamachowiec odlatuje z dachu budynku na śmigaczu. Wookiee postanawia za nim skoczyć.
- Wookiee demolka spada!
- A nie ma na tej planecie obniżonej grawitacji?
- Nie, ale możesz dostać katar.
- Use the stairs, Luke!


Wookiee wskakuje na śmigacz, który przypomina latający motor. Postanawia zepsuć maszynę. MG komenderuje, widząc, że Seji bierze kości do ręki:
- Obraź motor!
- Motyla noga, ty złomie!


Po chwili z budynku spadają też Keldorianin i Zabrak. Ktoś stwierdza:
- Dziś mocno pada Jedi'ami...


Z budynku spada również w pewnym momencie nieco uszkodzony gargulec.
- O! Rzut szczerbatym gargulcem świetlnym!


Wookiee za pomocą komlinka próbuje skontaktować się z pozostąłymi padawanami. Niestety są pewne zakłócenia w komunikacji:
- Gdzie jesteście?
- .... dupa... żółwie... jabłka...
- Z szyfru wnioskuję, że są po drugiej stronie budynku!


Teraz to już naprawdę konieć zapisków z tamtej sesji :)

poniedziałek, 24 września 2012

Pokłosie wiatrów Lady Blackbird

Ciąg dalszy buchających parą przygód drużyny ani trochę nie podobnej do załogi Firefly...


MG: 3Jane
Postacie:
Kapitan Cyrus Vance - Smartfox
Pierwszy oficer Kale Arkham - Żaku (Snargle stał się passe, więc go zeNPeCowaliśmy.)
Natasha Syri/Lady Blackbird - MidMad



Dla przypomnienia na początku sesji opisaliśmy postacie.
Kapitan Cyrus - wygląda oczywiście jak Mal, kapitan z "Firefly".
Kale Arkham - pierwszy oficer, młody Han Solo.
Lady Blackbird - wygląda jak... Inara Serra ("Firefly").
A goblin Snargle... - "Oczy ogólnie błękitne, ale wodniste, wiecie... kolor rozwodnionego denaturatu, jak klasyczny szkocki mechanik na statkach kosmicznych...", opis wg Smartfoxa (C).


Powietrzna ośmiornica oplotła statek mackami. Lady Blackbird postanawia otworzyć bulaj i rapierem zrobić z najbliższej macki sushi. MG uświadamia graczy co do powagi sytuacji:
- Robiąc to Lady Blackbird musi wystawić się na działanie niebezpiecznych wiatrów!
Gracze, wspominając poprzednią sesję, oczywiście zaczęli chichotać.


Smartfox zastanawia się nad tym, jak walczyć z niebezpieczną bestią:
- A jakie znacie sztuki walki? Bo ośmiornica zna Krav Macka.


Naomi wstrząśnięta tym, co widziała w kajucie Snargla (a widziała tam same obrzydliwe rzeczy), zielenieje.
- Snargle, przynieś szklankę wody dla Naomi. - żąda Lady Blackbird.
Snargle przynosi szklankę wypełnioną do połowy.
- Ale dlaczego tylko pół szklanki?
- Bo do kranu nie sięgam, a w toalecie nie było więcej...


Czas przybić do portu Haven. Cyrus zastanawia się nad wydatkami.
- Czy w tym porcie zedrą z nas skórę?
- No, i to nawet literalnie. - wyjaśnia MG. - Chyba, ze jesteś goblinem, wtedy nazywa się to peeling.



Panu Kapitanowi Cyrusowi niezbyt uśmiecha się wizyta na Haven, z powodu...
- Właśnie - pyta MG - z jakiego powodu nie chcesz przylecieć na Haven?
- Z powodu balu... dobroczynno-maskowego. - wyjaśnia skruszony Cyrus. - Znaczy, ja miałem maskę, a oni dobrze mi czynili oddając mi swe złoto.



Cyrus i Kale wspominają swoje stare piracko-złodziejskie wyczyny:
- A pamiętasz jak buchnęliśmy Klejnot Przestworzy z banku rodu Blackbird?
- Klejnot Przestworzy?! - dziwi się Lady Blackbird. - To był mój posag!


Po dniu wypełnionym walką z ośmiornicą i niesterownym statkiem (dosłownie - zamiast zniszcoznego przez ośmiornicę steru drużyna musiała użyć drzwi od kilku kajut), kapitan zdjął buty i położył się na koi.
- Gdy Lady Blackbird zapuka do kapitana, to on jej otworzy w śmierdzących skarpetach?
- Kapitan nosi onuce. - wyjaśnia Smartfox.
Tu następuje dyskusja na temat śmierdzenia skarpet i onuc, której w trosce o zdrowie psychiczne oraz estetykę bloga, nie zamieszczę ;)
- Jesteście obrzydliwi!
 Po długiej i wzruszającej rozmowie Lady z Kapitanem, który skrycie się w niej podkochuje, a właśnie dowiedział się, że Lady B. ma innego absztyfikanta...
- Lady Blackbird wraca do swojej kajuty i chlipie w poduszkę.
Kapitan nie chce być gorszy: - Leżę na łóżku i smarkam w onucę, ale świeża! Lepiej się w nich nogi trzyma!



Statek "Puchacz" znany jest wszystkim stróżom prawa, którzy z resztą obecnie go poszukują.
Gdy statek zbliża się do portu, kapitan wydaje rozkaz:
- Przystąpić do maskowania okrętu!
Lady Blackbird przygląda się procedurze z zaciekawieniem, gdyż wie, jak ciężko zamaskować takie charakterystyczne statki, jak "Puchacz".
- Sir, yes sir! - Odpowiada Kale i zaczyna kręcić korbką umieszczoną na mostku. W tym samym momencie tabliczka na burcie z nazwą statku przekręca się, zmieniając nazwę na inną, niewidoczną dla oczu Lady B....
Kapitan Cyrus, pełen powagi, otwiera barek (na mostku!) i ubiera na głowę czapkę z wygrawerowaną nową nazwą statku...
Snargle zbiera z konsoli wypchaną sowę i zamienia ją na wypchanego chomika tasmańskiego, po czym sam porasta sierścią. Lady Blackbird ma nagle złe przeczucia.
- Niezidentyfikowany statek, witamy w porcie Haven. Zidentyfikuj się.
Snargle włącza mikrofon i piskliwym głosikiem melduje:
- Statek "HMS Zawszały Chomik" prosi o zezwolenie na przycumowanie w porcie!
Lepszego maskowania Lady Blackbird nie widziała w całym swoim życiu. Oczywiście statek nie został wykryty.
Kapitan Cyrus wymyślił jednak sposób na lepsze maskowanie:
- Następnym razem jak Snargle obrośnie sierścią, pozostałe 9 goblinów okrętowych musi się zamienić we wszy!


Lady Blackbird w końcu wyjaśnia, dlaczego ucieka z domu rodzinnego.
- To przez hrabiego Carlowe. Chcieli mnie wydać za niego za mąż. A on jest stary, brzydki... i śmierdzi!



- Aaaa... - kojarzy Cyrus. - pamiętam hrabiego Carlowe. Ukradłem mu kiedyś to i owo. Faktycznie, pamiętam, że był stary, brzydki i śmierdział!

MG opisuje.
- Hrabia Carlowe może i jest brzydki. Ale za to ma największe gorzelnie w Elizjum!
- I dlatego tak śmierdzi... ziemniakami. - podsumowuje Lady Blackbird.


C.D.N.


czwartek, 20 września 2012

A gdyby Firefly był steampunkiem...

Firefly + steampunk = Lady Blackbird.
Proste równanie, nie ma nad czym dyskutować, więc przechodzimy do rzeczy :)


MG: 3Jane
Postacie:
Kapitan Mal... errmm... Cyrus Vance - Smartfox
Pilot Wash... tzn. Snargle, zwinny goblin - Żaku
Inar... literówka, miało być: Natasha Syri/Lady Blackbird - MidMad



Ponieważ sesja była rozgrywana na Skype, zaczęliśmy od standardowych zapewnień:
- Jak będzie coś słychać dziwnego, znaczy że to moje dziecko. Albo mój kot.
- Jak będzie słychać chrupanie - znaczy, że jem.
- Jak będzie słychać siorbanie - znaczy, że piję.
- Jak będzie słychać chrapanie - znaczy, że śpię... - rozbrajająco oświadczył na koniec Żaku.


Na początku bardzo zestresowaliśmy się, gdy jeden z graczy przypomniał:
- Pamiętajcie, wszystko, co powiecie, może zwrócić się przeciwko wam...
- Terror XXI wieku: Twój tekst znajdzie się na facebooku!


"Puchacza", statek, którym lecieli gracze, złapały wojska Imperium. Całą załogę zamknięto w brygu, za kratami. Postacie zastanawiają się, jak uciec. Goblin Snargle, mały, sprytny, pokurcz mogący zmieniać kształty, próbuje się wydostać z więzienia.
- My tu gadu-gadu - zaczyna Cyrus - a Snargle nam przecieka na zewnątrz!
- Że też on może się wcisnąć, gdzie chce - konstatuje Natasha. - Zaraz, on się wciska na zewnątrz...
MG znajduje odpowiedni czasownik i mówi do Żaka:
- Rzuć, aby się wycisnąć!
- Ale ja się tam wydrapuję! - wyjaśnia fachowo Snargle.
Tymczasem Cyrus motywuje swojego pierwszego oficera (NPC) do otwarcia zamka w drzwiach.
- Kale, szybciej otwieraj te drzwi, zanim Snargl calkiem przecieknie!

W korytarzu pojawiają się dziwne bestie, a la potwory z Riddicka. Dorodny potwór wygląda następująco:

Oczywiście chodzi o tego z lewej, ten z prawej to jakiś nołłan, który załapał się do zdjęcia.


Cyrus zastanawia się, jak walczyć z taką groźną bestią strażniczą nie posiadając broni:
- Czy w akademii mnie uczyli jak takie stworzenia się zabija?
- Nie.
- To wypi***am mu kopa!

Snargl zaskakuje wszystkich swą wiedzą na temat standardowych procedur w więzieniach:
- Snargl, skąd znasz procedury więzienne imperium?
- Bo oczywiście często byłem zamykany jako wiezień imperium!


Kale znany jest z tego, że posiada zdolności magiczne, które jednak nie zawsze działają.
- Kale - przypomina delikatnie Cyrus - A pamiętasz jak chciałeś zapalić światełka na choince czarem?
- Tak - wtrąca się Snargle w obronie Kale'a - Spłonęła choinka, ale światełka były!
- Ale prezenty tez spłonęły! - ripostuje Cyrus.
- Przynajmniej przetestowaliśmy system ostrzegania i gaśniczy na statku. - odpowiada Snargle.
- A za cygara do dzis mi nie zwróciłeś! Bardzo drogie były! - Cyrus przypomina, co znajdowało się w jednym z prezentów.


Naomi (NPC), ochroniarka Lady Blackbird, pochodzi z dalekich krajów. MidMad opisuje, dając pole do popisu naszej kosmatej, brzydkiej, niepoprawnej politycznie i niecenzuralnej wyobraźni:
- Naomi jest ciemnoskóra, umięśniona, ma krótkie włosy splecione w dredy...
- I ma kość w nosie?
- I miotłę w tyłku!
- Chyba w twoim...



Drużyna, przebrana za żołnierzy, postanawia się wmieszać się w tłum.
- Tak zrobimy!
Wszyscy patrzą na Naomi, której pomysł się nie spodobał.
- Powiemy, ze Naomi jest z Legii Cudzoziemskiej!



Kapitan Hollas, dowódca statku imperialnego, kojarzy Cyrusa z czasów, gdy ten okradł go, zabierając m.in. szkatułkę kosztowności, z jego statku flagowego. Cyrus wspomina z nostalgicznym uśmiechem:
- Tak, ukradłem szkatułkę, którą wymieniłem na paliwo do statku...  wziąłem też pudełko pewnych cennych cygar... - W tym momencie Cyrus piorunuje wzrokiem Kale'a.



Tłum spanikowanych żołnierzy usiłuje opuścić statek w bardzo niezorganizowany sposób. Drużyna zostaje rozdzielona. Tłum napiera i próbuje zadeptać Lady Blackbird, której odcięto drogę ucieczki na "Puchacza", wzywa wichurę i magiczne tornado, by rozgonić żołnierzy. Inne postacie są oszołomione tak potężną manifestacją mocy.
MG decyduje: Dostajesz PD  w ramach tego, że rozwaliłaś żołnierzy swoimi wiatrami...
Wszyscy oczywiście zaczynają rechotać.
- To byl taki maly arystokratyczny bączek... - podsumowuje Cyrus.
- Ja to mam mały talent, ale za to mój ojciec... - zwierza się Lady Blackbird.
- Tak, słyszałem o nim - mówi Cyrus. - Ma ksywę "Sarin"...
- Wiatry Lady Blackbird - lepsze, niz Deszcze Castamere.



Ucieczka udała się! Dostaliśmy się na "Puchacza". Wchodzimy na nasz statek, a Cyrus z powagą w głosie mówi do pilnujących go żołnierzy:
- Przepraszam, na statek, służbowo.









MG opisuje:
Kapitan Hollas pokrzykuje w tubę do swojej załogi: "Szybciej, szybciej!"
- To ja go tez w tubę! - stwierdza Cyrus.


Smartfox postanawia efektownie zakończyć sesję, która była pełna niespodziewanych zwrotów akcji:
- Sentencjonalnie trzeba zakończyć przysłowiem: Jak ktoś ma pecha, to mu się palec złamie w ... Albo dobra, nieważne...


C.D.N.


PS. Linki dla ciekawskich:
- oficjalna strona Lady Blackbird,
- APka z sesji autorstwa Smartfoxa.

piątek, 7 września 2012

Bardzo Stare Wary, czyli przygody wesołych padawanów, część 2

W dzisiejszym odcinku - ciąg dalszy przygód niesfornych padawanów w czasach Starej Republiki.


MG: Funio
Postacie:
Wookie o imieniu Jarrwarrr - Seji
Khall, padawan rasy Zabrak - Nelek
Twi'lekanka La'sara Fortuna - MidMad
Kaldoranin Kim Long - Tarquill

Gdy już zeżarliśmy ciasto, paluszki, ciasteczka, chipsy i wyżłopaliśmy dziwny napój do złudzenia przypominający, zarówno wizualnie, jak i smakowo, skrzyżowanie ludwika z... ludwikiem (no dobra, z czymś innym, ale wstydzę się napisać), postanowiliśmy jednak zagrać w kontynuację przygód bardzo młodych i niedoświadczonych padawanów.

Po 1,5 godz. usiłowań, by rozpocząć sesję, Funio zastosował nietypową strategię:
- Ale dlaczego w ogóle się na sesję umówiliśmy? Gdzie flaszka?
Flaszki nie było, więc jednak postanowiliśmy grać.


Na początek MG zaczął przypominać nam, co stało się na poprzedniej sesji.
- Przylecieliście na planetę Qatar, na której są bardzo ważne dla Republiki złoża pewnego rzadkiego minerału...
- Zaraz zaraz, a jak się ci tubylcy nazywają?
- Qatarzy.
- Ci heretycy?!
 
W chwilę później Seji zabłysnął  pogrążył się ponownie.
- Mówisz, że jest to odległa planeta, z rzadkim minerałem, mieszkają na niej kotowaci tubylcy, na pewno błękitnoskórzy, na planecie rośnie wiele gigantycznych drzew, które tubylcy otaczaja wielką czcią. To ten metal pewnie nazywa się "unobtainium"!
Funio w tej chwili zaczął mentalnie ostrzyć maczetę.


Gracze postanowili udobruchać MG swą dobrą pamięcią zdarzeń z poprzedniej sesji:
- Polecieliśmy na tą planetę w misji republikańskiej z senatorem... Zaraz, jak się on nazywał? Ord Mantell?
- Wiem, wiem! Ord... Old Spice!
Senator nazywał się oczywiście Ord Cantrell. A MG nas okropnie znienawidził.
 

Seji próbuje wczuć się w postać swojego padawana, Wookie postanawia zagłębić się w filozoficzne rozważania w następującej kwestii:
- Czy do mieczy świetlnych są szlifierki świetlne?
Niestety kwestia ta pozostała otwarta.

Zniechęcony MG postanawia jednak prowadzić sesję. Nasze postacie rozgościły się na planecie. MG zaczyna opowiadać znużonym głosem:
- Po wylądowaniu odprowadzono was do kwater gościnnych.
- PEDEKI?! - wykrzykują wszyscy gracze zgodnym chórem.

MG prowadzi niewzruszenie dalej, w końcu to jego ulubione SW D20:
- Nastał ranek...
- Ile czarów sobie przypomniałem? - pyta Seji grający Wookiem, który nie ma żadnych mocy poza umiejętnością walki mieczem świetlnym.

Następnie, po kolejnych 100 offtopach, MG stwierdza:
- Przepraszam was bardzo, ale zejdę na chwilkę z tematu.


W końcu padawani postanowili wstać z rana, ogarnąć się i spotkać senatora.
- No to umyliśmy się. Udało się? - pytają gracze, chcąc w końcu poturlać kośćmi.
- TAK! - stwierdza Funio u kresu wytrzymałości.
- PEDEKI!!! - w końcu zrobiliśmy więcej, niż przez całą ostatnią sesję!


Jedna z kocich tubylczyń przyniosła nam kosz z owocami i dała go padawanowi z rasy Zabrak (z tej samej, z której pochodzi Darth Maul, więc miał dużo rogów na głowie). Jeden z graczy stwierdza, patrząc na owoce i kolegę:
- O, przyniosła jabłko dla jeża!


Wookie przygotowuje się do wyjścia.
- Zaprasowuję Mocą futro w kantkę.
- Nie zapomnij o goździku w butonierce!
- I pamiętaj, zły Force Touch boli przez całe życie!


Zaintrygowało nas (no dobrze, nie nas, tylko moich kolegów płci męskiej), jak nazywa się piekna kocia tubylczyni. Funio objaśnia:
- Nazywa się Schizza.
- Może Schazza? I śpiewa w zespole Disco Pol... Quatar?
- Oj, to na pewno ma takie urocze ząbki?
- To kocia rasa - stwierdza z rezygnacją Funio, - To co ma mieć, fiszbiny?!
- A, to żywi się planktonem! - dochodzi do wniosku sprytny inaczej Wookie.


Senator Ord Cantrell odznaczał się niecodzienną tuszą. Jego przybycie na miejsce spotkania z lokalnymi dygnitarzami przedłużało się.Wookie pobiegł odnaleźć świtę senatora, jak najszybciej potrafił. W biegu wpadł na senatora. Okazało się, że ten... zaklinował się w dość wąskim korytarzu.
- Zaklinował się!
- Widzicie, jak cała świta pcha senatora. - opisuje Funio.
- To może Force Gripem go! - podpowiada jeden z padawanów, przypomnę, Jedi. Nie Sith.
- Nie no, lepiej Force... jak mu tam... Pull?
- Znaczy Pociągnięcie Mocy?
- To ja już go popchnę od tyłu - stwierdza Wookie z lubieżnym uśmiechem...
Dodam tylko, że senatora udało się uwolnić z krępującej sytuacji.


Wookie próbował komunikować się z kocimi tubylcami, ale mu nie wychodziło - mówił tylko w swoim języku.
- A w zasadzie, jak nazywa się język Wookieech?
- Łukasz! - wyjaśnia Seji.


Podczas ucieczki z miejsca spotkania po ataku zamachowca (mniejsza z tym, że miejsce przypominało plac w Dallas, a strzelec znajdował się w pobliskim budynku biblioteki), postanowiliśmy ewakuować senatora, i gonić zamachowca (a może ich było dwóch?). Wartka akcja, pościgi, skoki, wspinaczka, wszyscy z wypiekami twarzy włączają się do działania.
- Możesz wejść na budynek biblioteki po takich jakby pseudoschodach na zewnątrz - opisuje Funio.
- A czy po pseudoschodach można iść na nibynóżkach? - zastanawia się Wookiee.
W oddali zamuczało stado bydła.


Sytuacja się komplikuje, gdy zamachowiec - bounty hunter - zaczyna uciekać. Padawani postanawiają go gonić.
- Uważajcie, a co zrobimy jak wypadnie na nas dwudziestu Fettów...
- ... i jedEN pani Grażynka The Hutt?
- Znaczy, pani Grażynka The Hutt, plus jeden... ale +1 do sprzedaży warzyw! (patrz poprzednia sesja)
- I użyje na nas Śmiercionośny Atak Porem!
- I Onion Kick!

Mimo wszystko jakimś cudem przeżyliśmy tą sesję. Dziękujemy Ci Funiu, wspiąłeś się na szczyty wyrozumiałości i cierpliwości! ;)


czwartek, 26 lipca 2012

Bardzo Stare Wary, czyli przygody wesołych padawanów

Funio nauczył się całego nowego podręcznika do SW na pamięć i chciał nam poszpanować pod pozorem prowadzenia sesji dla młodych, niewinnych padawanów Jedi. Oczywiście rzecz dzieje się jeszcze przed Epizodem I, więc żadne Jar Jary nie zostały skrzywdzone podczas sesji. Niestety.

MG: Funio
Postacie:
Wookie o imieniu Jarrwarrr - Seji
Khall, padawan rasy Zabrak - Nelek
Twi'lekanka La'sara Fortuna - MidMad


Wszystko zaczęło się od tego, gdy Seji po rozejrzeniu się w lodówce Funia stwierdził z grobową miną:"To kakao jest moje."
A potem było tylko weselej - tu czas na szczególne pozdrowienia dla Mojito [czyt. modżajtou], które wypił Funio, a którego jeden ze składników (po hiszpańsku) zaczynał się na "anal...".
Takie tam niewybredne męskie żarciki, rozumiecie.

Gdy już zrozumieliśmy, że sesja za szybko się nie zacznie - bo Nelek  musiał wykazać się asertywnością i krzyczał przez okno do przechodniów "Przepraszam, jak się nazywa ta ulica i czy moglibyście sprawdzić numer domu? Bo zamawiamy pizzę, a właściciel akurat wyszedł..." (mina przechodniów bezcenna) - poddaliśmy się ogólnemu nastrojowi bydła.

W końcu trzeba było jakoś nazwać swoje postacie. Padały różne pomysły... niektóre brzmiały tak:
- Jak mogę mieć na imię?
- Biurwa!
- Wiem, nazwiesz się Biurwa Sakamoto i będziesz miał zakrzywioną katanę świetlną!
- I może jeszcze będę latał nissanem?

- Jakie by tu wymyślić imię...
- Co wyjdzie z połączenia Funio + Seji? - Fuji!
- Hai!

- A może by tak tradycyjnie... Może będziemy sithami? Co powiecie na Darth Mieczysław?
- No tak, jak sama nazwa wskazuje, to był sławny Sith ze swoim wspaniałym mieczem...

- Już wiem!
- No co, mów!
- Darth Bożydar!
(Tutaj bardzo polegliśmy i musieliśmy przerwać wszystkie inne czynności na ok. 15 minut, bardzo wzruszeni tym pomysłem...)

- A wyobrażcie sobie StarWarsową bitwę pod Cedynią...
- Mistrz Mieszko na czele zastępów Jedi. Przychodzi do niego wysłannik Darth Ottona...: "Daję wam te dwa nagie świetlne miecze!"
- Tylko nie w ponton! (*)

(*) Dla osób, które jakimś cudem nie znają tego brodatego dowcipu:
Upalony, skacowany Jagiełło mówi: "Dobra już dobra, przyjmuję te miecze, tylko już k***a cicho, weź rzuć je gdzieś w kąt." Posłaniec rzuca, a z kąta słychać "psssssssss...." Jagiełło odwraca głowę i robi facepalma: K***A, TYLKO NIE W PONTON!



Seji pokazał się jako miłośnik klasyki, gdy zaczął deklamować:
- Natenczas Mistrz Wojski chwycił na taśmie przypięty swój comlink bawoli...

- A jak ty się nazywasz, Twi'lekanko?
- La'sara Fortuna.
- To kim jest dla ciebie Bib?
- Wnusiem!
- ... ?!
- Przecież Jedi nie mają dzieci. I wnuków.
- Ojtam ojtam. Co mówi Mistrz Yoda? "In motion the future is." Przecież będzie czystka Jedi, my oczywiście uciekniemy... a trzeba będzie jakoś zarabiać na życie, nie?


Seji i MidMad, znani z niecodziennych pomysłów, postanowili grać parę sierot (przypominam, Wookie i Twi'lekanka), które przygarnął niejaki mistrz Mace Windu.
- To twój Wookie jest Murzynem?!
- Tak i lubi jeść ćwierćfunciaki z serem. Jak tatko.


Funio spróbował opanować chaos i w końcu (po zaledwie 1,5h) zacząć prowadzić sesję.
Opisuje wstęp, wszyscy poważni. Mija 5 minut. Wszyscy poważni. MG opowiada, jak mistrz Windu spotkał się z padawanami i wskazał na naszą radosną trójkę. Wszyscy nadal zachowują powagę, aż dziwne. Funio zaczyna odgrywać mistrza Jedi:
[MG:] - Ty, ty i ty.
- Co ??? - pytamy zdziwieni.
[MG z kamienną twarzą:] - WYP***AĆ!
- Ok, to ile dostaliśmy pedeków? - pyta niewzruszenie Seji.


Gdy już MG pokazał, że bydłotwórstwo nie jest mu obce, brnęliśmy dalej.
- A jak wygląda mistrz Windu? Jest nadal łysy?
- Tak.
- A to na pewno zginie pierwszy.
Mina MG (który akurat zgolił włosy) sugerowała jednak, że to raczej my powinniśmy się obawiać nagłego zejścia...


MG opisuje naszą misję:
- Na planecie Qatar...
- Na zdrowie!
<Spojrzenie MG nr 15 pt. "spalę twój dom i zabiję postać, jak się jeszcze odezwiesz!">
- No więc... Na planecie Qatar... jest złoże pewnego rzadkiego metalu... hmm... wymyślcie sobie nazwę.
- To może... - zaczyna niewinnie Seji - Może "śluz"? Bo planeta Katar...
Mina MG - bezcenna.


MG jako mistrz Windu wyjaśnia sytuację:
- Byłoby bardzo korzystnie, gdyby planeta dołączyła do Imperium... tfu, tzn. Republiki!
- Ha, teraz wiemy, kto wśród Jedi jest tym drugim tajemniczym Sithem! - cieszą się młodzi padawani.
- No, to się dzieje przed Darth Maulem. Czyli przed nim był Darth Windu...
- Chyba Darth Bryza...



Mistrz Windu strofuje młodych padawanów przed ich pierwszą wyprawą:
- Pamiętajcie! Na misji - żadnych własnych pomysłów!
- Ale ja nie mam żadnych pomysłów... - mówi żałośnie Jarrwarrr aka Seji zerkając na kartę (Wookie z Wisdom: 8...)
- I dlatego cię wybrałem. - mówi Windu. - Jedziecie wraz z senatorem jako delegacja z ramienia Jedi. Macie służyć radą... -  Windu zerka na Jarrwarrra - ... albo może lepiej nie...


Co robią padawani podczas przygotowań do wyprawy?
- Chodźcie do Jedi IPN! Zlustrujemy Mistrza Windu! - mówi Jarrwarrr.
- Ten Wookie cierpi chyba na lustrzycę... - stwierdza Zabrak.

- A wiecie czego najbardziej boją się Jedi  w tym ich IPN?
- Darth Macierewicza i jego listy!



Jarrwarr dopytuje się mistrza Windu:
- A gdzie Mistrz Yoda?
- Pojechał z misją na Kashyyyk.
- O, mogłem mu dać paczkę dla rodziców. - zasmucił się Wookie.
- Nie trzeba, Yoda przywiedzie ci paczkę od nich.
- O! Weki z robaków z cebulką. Mniam... - rozmarzył się Jarrwarrr.

Przed wyruszeniem na misję trzeba było zakupić ekwipunek.
- A gdzie to można kupić?
- W sklepie obok... - zaczyna MG, ale brutalnie mu przerywają psotni padawani.
- To jest sklep "U Grażynki", sprzedaje tam Pani Grażynka, stoi za ladą w takim białym czepeczku...
- Która jest Huttem!
- Grażyna The Hutt!
- Dla przyjaciół - Grażynka...
- Ona ściąga rzeczy z półek językiem...
- Pomaga jej Salacious Crumb...
(Teraz już nawet MG nie wytrzymuje i wszyscy kwiczą tarzając się po ziemi.)
- Ej, nie śmiejcie się z niej... przecież ona nie ma kręgosłupa! - przywołuje nas do porządku Khall/Nelek.


Po jakimś czasie, gdy mięśnie brzucha już odmówiły nam posłuszeństwa, zaczęła się dyskusja o Mocy.
- No więc midichloriany... - zaczyna Jarrwarr/Seji.
- WYJDŹ! - krzyczą wszyscy.
- Ale przecież Lucas powiedział, że one są kanoniczne...
- Upadłeś! - mówi z groźbą w głosie MG.
- Pani Grażynka na ciebie upadła! - dodaje wesoło Nelek.


Później udało się zacząć rozmowę o roli mediów w zakonie rycerzy Jedi.
- Teraz bardzo popularne jest to radio, jak mu tam...
- Radio Jedi.
- No, właśnie. Z zebranych pieniędzy robią odwierty, wiecie, wody geotermalne, uczelnia Jedi, dotacje od Republiki, własna rozgłośnia...
- Tak, tylko oni nazywają się Stacja Al Jedi-a.


W końcu, przed odlotem na planetę Qatar (na zdrowie!) spotkaliśmy poczciwego senatora Ord Cantrella.
- O, młodzi Jedi! - ucieszył się jowialnie senator.
- O, ty stary senatorze... - zaczął Jarrwarrr w Shyriiwooku. Na szczęście nikt go nie zrozumiał.


Podczas lotu postanowiliśmy bardziej się zapoznać:
- A właściwie... ile ważą Wookiee?
- Zależy od futra... i gęstości kości... - zaczyna Jarrwarr.
- Ale oni muszą być lekcy. Przecież skaczą po dżemach! - stwierdziła anonimowa Twi'lekanka.
- O, nie wiedziałem nawet. - przyznaje Wookie.


W końcu stało się nieuniknione.
- Mam pomysł! Gramy przed Epizodem I. Znajdźmy Jar Jara i zabijmy!
- Ale on teraz jest takim małym, słodkim gunganiątkiem - MG próbuje odwieść graczy do tego czynu.
- Tym lepiej! Będzie go łatwiej zabić!
- Jesteście tacy okrutni... - zasmucił się MG.


Rozważaliśmy też kwestie multikulturowości w Gwiezdnych Wojnach i sposoby zapobieżenia przyszłemu konfliktowi.
- A wiecie, może by wysłać tancerkę twi'lekańską do Federacji Handlowej...
- Co ona tam będzie robić, podniecać roboty?
- Obleje się olejem... aż im kondensatory się poprzepalają!


A co w zasadzie piją padawani Jedi na misji? Przecież nie alkohol.
- Sok z mang... z Jango!
- Z Fettem?
- Jango z fetą.
- Czyli sok z serem. Mniam.


W pewnym momencie Wookie obwieszcza:
- Idę na patrol po statku...
- Słoneczny?
- I widzicie nagle jak Wookie w zwolnionym tempie zaczyna biec, futro mu faluje i leci na wszystkie strony. Wookie przez ramię przerzucony ma czarny pas... ale nie, to nie bandolier... do niego przymocowany ma czerwony pływak... w tle słyszycie pewną charakterystyczną muzykę... - opisuje zawzięcie Funio.

Tu trzeba dodać nowinkę, jakiej dowiedzieli się co poniektórzy o rasie Kel Dor (tej od mistrza Plo Koona).
- Jaka jest keldoriańska muzyka poważna?
- To muzyka na harfę i tubę.
- ???
- Jak nie będziesz słuchał harfy, to dostaniesz w tubę.


Dolatujemy na planetę, na której rosną gigantyczne drzewa.
- Ojej - zachwycił się Jarrwarr. - Będę mógł husiać się na lianach. I wydam taki odgłos: <jodłowanie>
- Iiii... pierdut! - dodaje brutalnie MG.
- Bo lina była za krótka...
- Strzelam focię i wrzucam na StarBooka. - dodaje bezlitośnie Zabrak Khall.



Rozpoczyna się walka z myśliwcami, zaspany pilot biegnie do sterowni. Funio opisuje całą sytuację.
Seji nie mógł przepuścić okazji i dodaje spokojnym, stonowanym głosem Davida Attenborough:
- Właśnie widzimy, jak pilot zbliża się do kokpitu. Kokpit wypręża grzbiet i patrzy się nieufnie. Kokpity żyją w dorzeczu Nilu i żywią się kłączami trzciny cukrowej...


Po zażegnaniu niebezpieczeństwa, Wookie rozgląda się po statku i węszy:
- Czuję zapach Sith...
- To na pewno Darth Bożydar! - dorzuca Khall.
- Co? Tylko nie DARTH OBERŻYNA!


Na koniec zrezygnowany Funio karci graczy:
- Jesteście okropni. Pamiętacie, jak graliśmy u Krakona w 7th Sea i on miał przygodę napisaną na 16 stron drobnym maczkiem?
- Pewnie!
- I pamiętacie jak po pierwszej sesji powiedział nam, że nie zrobiliśmy nawet tego, co napisał w pierwszych czterech wersach?
- No, jasne! - (To dodalismy z dumą!)
- To dzisiaj nie zdążyliście przejść nawet pierwszego wersu!

I tak z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku poszliśmy do domu.

To be continued...



poniedziałek, 4 czerwca 2012

Wizyta domowa (u kultystów Asmodeusza)

Dziś zapraszam do pouczającej lektury o tym, jak dzielnie drużyna radziła sobie z wyplenianiem siedliska zła.
A na zakończenie - lekcja polskiego dla obcokrajowców, czyli zemsta na Szwedach za Potop... yyy... znaczy, karkołomną naukę wymowy i intonacji ich języka.


MG: Alex
Postacie:
Willem Constantine (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Wic (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter)
Erik The Bard
miał akurat wychodne


Otrzymaliśmy cynk, że w pewnym domu mieszkają szpiedzy złowrogiego Iron Circle. Albo jest tam świątynia plugawego boga Asmodeusza, a mieszkańcy są jego wyznawcami. Tak, czy siak - postanowiliśmy w nocy wejść do środka. Od wioskowego maga otrzymaliśmy magiczny orzech, który po uderzeniu nim w drzwi otwiera drzwi i rozbraja wszystkie pułapki.

- A co się stanie - zastanawia się filozoficznie Willem - jak zjem tego orzecha?
- Wtedy otwierają się... wszystkie otwory w ciele - brutalnie uświadamia kolegę elegancki zazwyczaj elf Ilorath i na samą myśl marszczy nos.

Postanowiliśmy wkraść się do domu. Akcję prowadzi nasz drużynowy "skradacz", zwinny Ilorath. Otwiera drzwi, sprawdza obecność pułapek, na paluszkach wkrada się do środka... W tym momencie gracz grający Iloratha wykonuje odpowiednie rzuty kończące się niespodziewanym sukcesem.
- DOBRA ROBOTA! - cieszy się głośno Richard grający Willa.
Niestety zapomniał, dodać że mówi to jako on sam, a nie jego bohater i zostaliśmy znenacka odkryci...


W domu rozglądamy się za pułapkami. MG opisuje graczowi widzącemu magię:
- Widzisz błękitną magiczną linię  przebiegającą wokół okna - ochrona przeciw intruzom.
- Tak, a na linii pojawia się magiczny napis "SOLID SECURITY" - wyjaśnia Richard.


Najpierw drużynę zaatakował ukryty w kominku imp. Latał wokół wszystkich postaci, chichotał, ciągnął za włosy, a czasem nawet atakował pazurami. Niestety był tak zwrotny i szybki, że żadna z pierwszopoziomowych postaci nie była go w stanie porządnie trafić (poza tym miał magiczną ochronę).
W końcu dzielnemu Illorathowi udało się zadać silniejszy cios temu czerwonemu, łysemu pokurczowi:
- A masz! - krzyczy Ilorath.
Imp na to piskliwym głosikiem: -Ty brutalu...

Następny w kolejce był Will. Zamierzył się do ciosu na impa i...
- You're mine tonight, bitch! - zakrzyknął dziarsko Richard i zaczął turlać kości, pewien wygranej...
- Nie trafiłeś - odpowiada z uśmiechem MG.
Potem głupi imp na wszystkich się obraził i uciekł. Ha!
(Gracze podejrzewali, że po prostu MG nie chciał dać skrzywdzić swojego pupilka...)


Jeden ze sługusów złego boga strzelił do nas z wielkiej, nieporęcznej kuszy, a później zaczął ją ładować... 
MG: - Patrzycie, a on ciągle ładuje tą kuszę i ładuje.... kręci korbą... i kręci...
Ktoś z graczy dorzuca: - I tak nastał poranek...



W końcu napotkaliśmy głównego wroga - kapłankę Asmodeusza. Mistrz Gry dokładnie ją opisał, włącznie z faktem, że na szyi ma zawieszony amulet. Udało nam się ją pokonać z wielkim trudem - w końcu jednak padła martwa na ziemię. Pierwszy doskoczył do niej kleryk Willem.
- Zrywam z jej szyi ten, no... znak... logo Asmodeusza!


A teraz akcent patriotyczny. Akurat tak się składa, że jeden z graczy, Håkan (grający elfem Ilorathem) mówi po polsku, więc podczas tworzenia postaci ustaliliśmy, że i Hornikatta zna język elfów - którym dla potrzeb gry będzie język polski (inni gracze go nie znają).  
Po zwycięstwie rozpoczęliśmy czytać księgi pozostawione w domu kultystów. Jedna z nich zawierała legendę o pewnym Wielkim Kapłanie Sarenrae. Ponieważ kapłan był elfem i pochodził z Bern (odpowiednik renesansowej Florencji), z którego pochodzi rówież Illorath, MG powiedział do gracza [po szwedzku, bo w takim języku graliśmy]:
- Illorath pamięta, jak nazywał się ten elficki kapłan. Jest w Bern bardzo znany. Możesz wymyślić jego imię. Będziecie o nim słyszeć jeszcze nie raz podczas waszych przygód, więc wszyscy muszą zapamiętać jego imię...
Przez kilka chwil naradzaliśmy się szeptem po elficku [polsku] i w końcu chórem zakrzyknęliśmy:
- ZDZISŁAW SZCZOTKOWSKI!!!
Mina pozostałych graczy - bezcenna.


Pamiętniś Hornikatty.

piątek, 1 czerwca 2012

Z kamerą wśród sowodźwiedzi i pająków

Drogie dzieci, w dzisiejszym odcinku zajmiemy się frapującym zajęciem wyrywania nóżek pająkom. A raczej - odcinania ich rapierami, toporami i trafiania im w oczy z łuku. Prosimy nie informować Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt - te pająki były mutantami, tworem plugawej czarnej magii, więc spotkała je zasłużona kara.

MG: Alex
Postacie:
Willem Constantine (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Wic (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter) 
Erik The Bard (Human)



Drużyna przemierza złowrogi las... idą i idą... i w dodatku dwa razy się gubią. Nagle jedna z postaci o mało nie wpadła w sidła na sowodźwiedzie. Dorodny sowodźwiedź wygląda tak:


 Gracze, wszyscy na levelu 1, wpadają w panikę, gdy okazuje się, że sideł może być - sowodźwiedzie muszą lubić to miejsce.
- I co my teraz zrobimy? Musimy znaleźć wsyzstkie sidła, żeby się w nie nie złapać!
- Jak? - Rozpacza kleryk Will po kilku koncertowo nieudanych rzutach na percepcję. - Nie mogę ich znaleźć, tu potrzeba cudu!
- No, właśnie, przecież jesteś klerykiem! - przypomina mu Illorath.
Mina Willa - bezcenna. 


Drużyna dotarła do polany, na której odnalazła zaginionego mieszkańca wioski - zawiniętego w pajęczy kokon. Hornikatta i Ilorath rzucili się mu na pomoc - i zaraz utknęli w rozsnutych pajęczych sieciach. Bard Eric nie stracił jednak rezonu i zaczął śpiewać pokrzepiającą pieśń:

[Szwedzka wersja "Itsy Bitsy Spider"]

Prawda, jak ten Eryk troszczy się o morale wszystkich swoich towarzyszy?

W  końcu wszystkie pająki-mutanty zostały pokonane. Ostatni potwór - Mama Pajęczyca - otrzymała śmiertelny cios od Iloratha w ten sposób:


Po zadaniu prawie-śmiertelnego ciosu, pytamy MG:
- No i co, pajęczyca nie żyje?! Zabiliśmy ją w końcu?!
- No pewnie, że NIE! - Oświadcza MG z zimną krwią. - Dlaczego zabijacie mi wsyzstkie potwory, jakie na was nasyłam, to niesprawiedliwe... - dodaje z łezką w oku.
- To ja śpiewam Grease [lvl 1 spell, żeby pająk się poślizgnął]. - Oświadcza Eric.
- Grease?! - dopytuje się MG, mając na myśli:
\

- Tak, Grease - potwierdza Eric.
- Matka Pajęczyca ucieka w popłochu! - deklaruje MG.
Na szczęście okazało się, że MG tylko żartował i bestię dobiliśmy.


Willem, który nie miał zbyt wiele okazji, by się wykazać - poza szybkim leczeniem wszystkich - rzucił się znienacka na zewłoki pajęcze i zaczął wyrywać im nogi (bo lokalny mag potrzebował ich do eliksiru dla nas).
- Co robisz?! - pyta reszta drużyny.
- No, jak to co! ZŻERAM NOGI PAJĄKÓW! Mmmm... chrupiące - i zdrowe!
W pewnych chwilach powątpiewamy, czy Will rzeczywiście nadaje się na kleryka...


Tymczasem okazało się, że pajęczyca zostawiła po sobie jaja...
- A ile tych jaj? - pyta Will.
- Tak na oko to ok. 20 000.
- ILE ZA TO DOSTANIEMY XP?
Okazało się, że nic. Sniff. Przecież wcale nie jesteśmy koksami.


Po drodze do domu dyskutowaliśmy o wrogu grożącym całej krainie Dalelands - złowrogiemu Iron Circle.
- Na szczęście są jeszcze bojownicy o wolność, zamaskowana partyzantka, która walczy ze sługusami zła. Partyzanci pod przywództwem Randalla Morna bronią dostępu do złóż pewnej magicznej substancji...
- Aha, to na pewno nazywają się "Al Qaida"!

Pamiętniś Hornikatty z sesji.

piątek, 11 maja 2012

Pathfinder - Gigantyczne Ropuchy atakują!

Dziś kolejna odsłona Pathfindera, na której dzielni bohaterowie zmierzyli się z wieloma mrożącymi krew w żyłach niebezpieczeństwami, włącznie z piosenkami początkującego barda.

MG: Alex
Postacie (z lekkimi tylko zmianami):
Willem Constantine (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Wic (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter)
Erik The Bard, potomek sławnego pieśniarza o imieniu Beatle The Bard, z zawodu - bard (!)


Od czego zaczyna się każda prawdziwie manczkińska sesja? Ano, od zerknięcia na PeDeki i sprawdzenia ile to jeszcze nam brakuje do poziomu 2 i dlaczego tak dużo. W międzyczasie, gdy MG przygotowywał atmosferę, gracze zerkali na mapę okolicy i zastanawiali się, jak by tu zdobyć więcej punktów.
- Mistrzu, Mistrzu, a gdzie jest miasto Daggerfalls?
- Tutaj, o. - MG ucieszony, że gracze w końcu interesują się jego pieczołowicie i własnoręczne wykonaną mapą.
- Super! Tam są wielkie kamienne pająki, idziemy expić!
(MGowi liczącemu na zbudowanie klimatu na sesji nagle zrzedła jakby mina.)
-  Nie - odpowiada kleryk William - tam pójdziemy na 6tym levelu. Teraz idziemy zabijać niedźwiedzie... - zerka na swoje statsy na karcie - ... znaczy, pójdźmy jednak zbierać jakieś ziółka, może ktoś będzie chciał je kupić...


Postacie zajadają śniadanie w karczmie (a gdzieżby indziej), gdy nagle podchodzi do nich mały gość z wielkim nochalem i odstającymi uszami oraz dwoma mieczykami na plecach przypominającymi wielkością sztylety. Jednym słowem - hobbit, zabójca trolli. W dodatku strasznie gadatliwy.
- Czy on wam kogoś nie przypomina?
- Podobny jest do tamtego goblina, co nam uciekł...
- Ale nie ma niebieskiego nosa!
- Jak się nie zamknie, to mu przywalę, wtedy będzie miał.
Niestety po poprzedniej sesji goblin zdenerwował się złym traktowaniem i złożył rezygnację. Chlip.


Bohaterowie na swej drodze spotykają parę karczmarzy-imigrantów wędrujących ze swym dobytkiem w poszukiwaniu lepszego życia, gdyż ich rodzinne strony zaatakowały złowrogie siły Żelaznego Kręgu.
Karczmarz Torek opowiada: - Och, nasza karczma byłą tak wspaniała, wyszukana, a potem nam ją spalili. A tylu sławetnych gości przekroczyło nasze progi! Wspaniałe czasy, sama śmietanka do nas zajeżdzała...
Ilorath (chcący jak zwykle brylować w towarzystwie): - To na pewno kogoś z waszych gości znałem, kto na przykład was odwiedzał? Mam wielu znanych krewnych...
- Spał u nas sam czcigodny Carlo z Bern... Co to był za zaszczyt! A my teraz tacy zubożali, bez dachu nad głową...
- Ach, Carlo, to przecież mój brat! - Ilorath próbuje zrobić wrażenie na karczmarzu swoją światowością.
- Naprawdę to pana brat? - pyta ucieszony karczmarz i zaciera ręce znienacka.
-  Oczywiście! - Ilorath dumnie wypina pierś.
- To znakomicie się składa, czcigodny Carlo był mi winien 500 złotych koron za ostatnią wizytę...



Postacie spotykają nowego towarzysza, Barda Erika i zaczynają wstępnie planować kilkudniową podróż.
Erik: - A czy znalazłoby się też tam miejsce dla mojego wiernego muła? Wożę na nim cały swój dobytek...
- Ależ nie ma sprawy, żaden kłopot.
- A czy moje wspaniałe, dorodne ptaki nie będą przeszkadzać? - Bard Erik ma klatkę z ptakami pocztowymi.
- Nooo, to zależy - kalkuluje William - A ile masz tych ptaków?
- Tylko cztery... - mówi z nadzieją Erik.
- Pewnie, że znajdzie się miejsce, zresztą przydadzą się nam!
- Naprawdę? - cieszy się Erik.
- No pewnie!  Toż to cztery porządne obiady!


Na swojej drodze drużyna napotkała farmę położoną nieopodal mokradeł, na których jakoby dzieją się dziwne rzeczy. Gracze oczywiście postanowili to sprawdzić.
MG opisuje: - Widzicie niewielkie jezioro... choć w zasadzie są to mokradła, wiecie, takie jak na Florydzie.
- Forfiter! - wykrzykuje Hornikatta.
- Właśnie, tam są na pewno krokodyle! - cieszy się William. - Będzie dużo expa!!!
MG bezlitośnie: - Nie, nie ma krokodyli. Są za to faerie i śpiewają piosenkę:


Oh its bad luck to be you
A chosen one of many isn't new
When you think you're full of luck, in the bollocks you'll get struck
Oh its bad luck to be you
Now Ogun came young from a farm and tried to save the princess from all harm
Equipped with just a stick and a head made out of brick, his rabbit's foot failed as a charm
Oh its bad luck to be you
The prophecy is never coming true
In a pickle you'll be stuck, like a chicken you will cluck
Oh its bad luck to be you
Believing that he was the one
His ego weighed in at a ton
His mum's a crazy bat - did we mention she was fat! And she'll need a pine box for her son
Oh its bad luck to be you
Don't think for a second its not true!
When your life is run amuck, you will see that you're the schmuck..
Oh its bad luck to be, really bad luck to be, nobody could disagree, its a freakin' guarantee..
Its bad luck to be you! Diddly-doo


Cała drużyna dzielnie przedziera się przez mokradła, nie wiedząc co począć z biednym bardem, który nie ma nawet porządnej broni oprócz lutni.
- Niech idzie w środku, a my będziemy wokół...
- Nie, niech biega dookoła nas i śpiewa. Nie dość, że wystraszy wszystkie potwory, to jeszcze będziemy mieć surround sound!

Bard Erik nie wytrzymał i zaczął śpiewać:




Drużyna natknęła się na stado gigantycznych ropuch. Walczą zaciekle, bard wywija swoim sztylecikiem, Wic strzela ze swojego łuku prosto w oczy ropuch, Hornikatta jako postać ofensywna skacze z pomostu, by przygwoździć ropuchę swoim ciężarem (włączając dużą tarczę i ciężką zbroję)...
WTEM! Słychać dziwny dźwięk... komuś dzwoni telefon.
MG się czerwieni i pospiesznie wyłącza telefon gwałtownym ruchem, strącając go przy tym ze stołu z hukiem.
Po chwili podnosi z podłogi telefon i z kamienną twarzą opisuje:
- Nagle słyszycie jakąś magiczną melodię, a po chwili głośny plusk. Wódz ropuch upuścił komórkę do wody.
Traci jedną akcję szukając jej.

Nie trzeba dodawać, że ropuchy rozgromiliśmy, a uratowane faerie z wdzięczności podarowały nam różne magiczne przedmioty, m.in. woreczek z pyłem tańczących świateł...
- A co ten pył robi? - dziwi się Hornikatta.
- No więc - zaczyna mentorskim tonem Ilorath - wciągasz proszek nosem, a po chwili widzisz dookoła latające światła, wszystko wiruje, jest ci bardzo wesoło... A potem nic nie pamiętasz.
- Dziwne te faerie mają zwyczaje...


Link do opisu sesji jest tutaj.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Pathfinder RPG - Chmury nad Riverdale

Do Pathfindera zawsze podchodziłam z pewną taką nieśmiałością - ale ostatecznie okazało się, że system jest równie bydłogenny, co wiele innych. Wystarczy tylko doborowe towarzystwo!
Sesja była wielojęzyczna, graliśmy po szwedzku z anglojęzycznym podręcznikiem, czasem nawet padało trochę słów po niemiecku lub polsku.
A przy okazji okazało się, że Szwedzi umieją całkiem nieźle grać w RPG :)

MG: Alex
Postacie (wszyscy podręcznikowo na lvl 1):
William Constantin (Human Cleric of Saranrae)
Ilorath Balcadiz (Noble High Elf Duelist)
Dziwoląg: Ab, Goblin (Sorcerer), ćwierć krwi fay (!) z niebieskimi koniuszkami uszu i nosa
Wic należąca do Straży Granicznej Antharu (Human Ranger)
Hornikatta Brightblade (Dwarf Fighter (córka wodza klanu, Dorna Czerwonobrodego), Straż Graniczna Antharu


W czasie pobytu w karczmie w Antharze dochodzi do uszu dzielnych bohaterów wiele niepokojących plotek:
- W lasach przy trakcie do Albridge czają się watahy wściekłych wilków!
- A słyszałeś o Lesie Deklo, kumie? Trzeba uważać, jest tam pełno groźnych niedźwiedzi!
- Wszędzie teraz niebezpiecznie... Słyszeliście o Gaju Druidów? Czai się tam mnóstwo...
- ... druidów?!
Oczywiście na wszystkich słuchających padł blady strach.

Wic i Hornikatta podczas leśnej służby złapały dziwnego niebieskawego goblina.
MG: Ten goblin wygląda jakoś tak podejrzanie... nie całkiem jak goblin...
Hornikatta: Znaczy... co, umył się?
Goblin Ab (próbujący chwilowo udawać wampira): Przynajmniej nie błyszczę w słońcu!

Strażniczki z zasmuconym goblinem na smyczy spotykają gustownie ubranego Elfa Iloratha, eksperta od dziwnych stworzeń.
Ciekawski goblin: A tak w ogóle to jesteś Leśnym Elfem, prawda?
Ilorath, składając wyszukany ukłon, wymachując przy tym koronkami u mankietów: Ależ nie, jestem Elfem Wysokim z Bern, należę do pradawnego rodu, szczycącego się...
Goblin mamrocze, przerywając: Raczej Posh Elfem...

Kolejna lokalna plotka dotycząca, wbrew pozorom, oszustów karcianych:
Ilorath (wynajmujący pokój w karczmie wraz z Williamem): Karczmarz mówił, że zatrzymali się u niego jacyś podejrzani podróżni... 
Hornikatta: Faktycznie, wyglądacie podejrzanie.



Postacie, wciąż nieufne wobec niebieskawego goblina, zastanawiają się kto może wiedzieć coś więcej na jego temat. Gracze mają różne pomysły:
William: Może spytajmy lokalnej prostytutki, ona zna się na takich chorobach!
Wic: Pamiętam, jak dziadunio opowiadał, że w tych lasach żyją takie małe niebieskie stworki w białych czapkach, a ich szef ma czerwoną!
Hornikatta: Utnę mu ucho i pójdę porównać z kolekcją uszu zdobytych na wrogach przez mojego czcigodnego przodka klanu Brightblade. Może któreś będzie pasowało...

Goblin w przebraniu (!) próbuje wyciągnąć od któregoś z mieszkańców wioski ważną informację. Wyrzucił 1 na kości.
MG: - Fumble! Wieśniak patrzy na ciebie i krzyczy: AAAA, GOBLIIIN!!!
Goblin Ab: -  Wydaję Fate Pointa!
MG: - Ok, wieśniak cię nie rozpoznaje i myśli na odpowiedzią...
Ktoś z graczy usłużnie podpowiada: - Najstarsza osoba w wiosce cierpi na wstydliwą przypadłość...


Złośliwy goblin sprawia duże trudności, strażniczki muszą go wszędzie ciągnąć na smyczy.
MG do Wic: Jest mały, więc możesz go nosić w plecaku.
Goblin Ab do MG: A dostanę wtedy jakieś bonusy za Mounted?

William przekonuje lokalnego piwowara, żeby oddał pieniądze, jakich jest winien lokalnej świątyni.
Piwowar Kevan: Ale ja nie mam tego złota...
William: Ok, nie ma problemu. Jak nie masz pieniędzy, to przeliczamy po kursie 2 złote monety za jeden palec.
Klasa Williama to Cleric, w dodatku Lawful Good.


Początkujący gracze chcą zebrać trochę XP i pomóc lokalnemu pustelnikowi.
MG: Pustelnik Czarny Jay żyje w lesie, samotnie, hoduje świnie, ale ma ze sobą dwa psy obronne.
William: Super! 20 XP za psa! Idziemy expić!!!


Po uspokojeniu Williama gracze decydują się wyruszyć do lasu w odwiedziny do pustelnika.
Hornikatta: Ale czy zdążymy? Festyn i konkurs picia piwa (w którym biorę udział!) zaczynają się wieczorem, za 6 godzin.
MG: Do chaty Czarnego Jaya idzie się 3 godziny.
William: Ok, to zdążymy.
Ilorath: Tak, a jak już tam dotrzemy, na drzwiach będzie kartka "Nieczynne, poszedłem wziąć udział w konkursie picia piwa"...



U Czarnego Jaya. Pukamy do drzwi:
Czarny Jay: CZEGO?!
William: Przyszliśmy ci pomóc rozwiązać twoje problemy...
Jay: NIE JESTEM ZAINTERESOWANY PSYCHOTERAPIĄ!!!

Po pewnym czasie jednak Jay otwiera drzwi i swoje serce przed nami:
Jay: Mam problem... moje świnie umierają...
William: Nie rozumiem w czym problem... źle smakują?

Później goblin Ab znajduje w zagrodzie świń trujące grzyby zasadzone tam przez fay:
- Panie Jay, ma pan problem z grzybicą!

Widzimy kilka fay.
MG opisuje: (...) Wyglądają jak skrzyżowanie smoka z motylkem.
Hornikatta, popijając piwo: Ale była impreza...

Ab marudzi, że ma dość bycia szturchanym, kopanym i ciągniętym na smyczy.
MG (*evil grin*): Do mnie nie miej pretensji, sam chciałeś grać goblinem!

Strażniczki odebrały goblinowi cały dobytek, więc chyłkiem wymknął się, by coś ukraść. Zakradł się do jakiejś chaty wieczorem, gdy dzieci już spały i wyszczerzył paskudnie zęby:
- Nie bójcie się, dzieci, jestem wróżka-zębuszka, a teraz ODDAWAJCIE WASZE SKARBY!


Ciąg dalszy zapewne nastąpi...

Raport z sesji - w Pamiętnisiu Hornikatty (po angielsku).


niedziela, 18 marca 2012

Podpalanie Rzymu

Wiadomo nie od dziś, że sesje RPG na skype są niemal równie bydłogenne, jak sesje in real. Nie zawsze jednak udaje się zachować krucha równowagę pomiędzy bydłem a przygodą. Z dumą pochwalę sie, że tym razem się to nam udało. Jak to lubią pisać w amerykańskich filmach: podczas grania w tą sesję nie ucierpiała ani fabuła, ani żaden gracz, a tym bardziej MG nie straciła na poczytalności (no, dobra, zaczęła tylko bardziej łopotać swoja mrrroczna pelerynką, jak na prawdziwego MG przystało). A teraz do rzeczy.

System: Burning Rome (oparty na Burning Wheel)
MG: 3Jane
Gracze: smartfox - Remus Litorius (młody medyk, początkujący detektyw, zakochany skrycie w westalce Fauście), MidMad - Kornelia Julia (młoda patrycjuszka, której męża bezlitośnie zamordowano w tajemniczych okolicznościach).

Remus i Kornelia spotykają się po raz pierwszy na przyjęciu w jej domu rodzinnym. Żeby dobrze wypaść, Remus ubiera się stosownie do okazji.
- Muszę uważać, mam na sobie moją nową togę od Diora. - stwierdza Remus. Zapada chwila nieprzeniknionej ciszy. - No, przecież partner handlowy mego ojca to Opiusz Diorus, znany rzymski projektant mody!
- A jak nazywa się jego żona? - pyta Kornelia, chcąc przypomnieć sobie koligacje rodzinne.
- Jego żona to Marcja Diora, ale biorąc pod uwagę jej gabaryty (140 kg, 45 lat) to raczej Diorama!




Po pewnych wydarzeniach gracze planują zmiany w kartach postaci:
- Muszę sobie dopisać do karty "kamienne serce" - stwierdza smartfox.
- A co na to pewna westalka? - pyta MG. - Jej zależy, żebyś raczej miał coś innego kamiennego...

Dyskusja na temat użycia odpowiednich umiejętności:
- Dlaczego uważasz - pyta smartfox MG - że wyznając milość i przekonując, że Remus jest wierny i lojalny używam Falsehood?
- Bo 3Jane zna mężczyzn... - wyjaśnia MidMad.



Rzymskie imiona, odsłona 2.
- Jak się nazywa ta nadąsana niewolnica? - pyta MidMad.
- To Konstancja, zaufana twojej matki.
- Konstancja Niezadowolencja, wścibska niewolnica - precyzuje smartfox.

Obie rodziny próbują zmusić Remusa i Kornelię do małżeństwa. Kornelia wpada na pomysł zawarcia "papierowego małżeństwa", pod przykrywką którego obie postacie mogą sobie nawzajem pomóc, a jednocześnie mieć święty spokój od nagabywania przez rodziców. Oboje spotykają się w ustronnym miejscu i Kornelia wychodzi z niecodzienną propozycją:
- Proponuję, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym.
- Zaraz po tych słowach słychać parsknięcie i szelest w krzakach, zza których wychodzi bardzo zaciekawiona i mocno zaczerwieniona Konstancja [wysłana na przeszpiegi przez matkę Kornelii]. - Nie, to wcale nie bydło ze strony MG ;)



Postacie spotykają się w tawernie, w której dochodzi do bójki. Dzielny Remus robi, co może, ale pewien rosły, muskularny gladiator zdziela go ciosem w twarz, niemal nokautując. Smartfox/Remus ma na to jedną ripostę:
- Co to za gladiator, jak on się nazywa? Majkus Tajsonus?




Jedna z postaci spotkanych w karczmie nosi brzemienne w skutkach imię - Maximus. MidMad nie przepuszcza okazji do bydła i przypomina klimatyczny, do bólu rzymski kawał:
Znudzony Neron przygotowuje plan igrzysk.
- No dobra, ale ja już mam tego dość.... wszystko już było... co ja mam zrobić
żeby było ciekawie... znów ci gladiatorzy, znów dzikie zwierzęta... ile tak
można?
W tym momencie odzywa się stojący w kącie kapitan gwardii Pretorian, Maximus.
- To może ja podpowiem - rzecze skromnie i z cicha.
- Mów, Maximusie.
- Otóż może by tak...100 dziewic chrześcijańskich do słupów uwiązać, i jeden sprawny legionista pozbawiłby je dziewictwa ku radości ludu?
- Ach, Maximusie! Cóż za pomysł wspaniały! Lecz któż byłby w stanie podjąć się tak trudnego zadania?
Maximus, skromnie się uśmiechnąwszy: - No, ja bym się podjął.
Nastały igrzyska. Sto dziewic, nagich lecz z wieńcami kwiatów na czołach, przywiązano do słupów na środku areny. Lud wiwatuje.
Na arenę wychodzi Maximus. Jest prawie nagi. Słońce odbija się w kroplach potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Lud rzymski wiwatuje: Maximus, Maximus!
Pierwsza, druga, trzecia...
Maximus uśmiecha się zwycięsko. Słońce odbija się w kroplach potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Czwarta, piąta, i już dziesiąta...
Lud wiwatuje :Maximus! Maximus!
Jedenasta, piętnasta, dwudziesta...
Słońce odbija się w kroplach potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Trzydziesta, czterdziesta...
Maximus jakby się zmęczył, lecz lud wiwatuje: Maximus, Maximus!
Pięćdziesiąta, sześćdziesiąta, siedemdziesiąta...
Słońce odbija się w kroplach potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Osiemdziesiąta... osiemdziesiąta pierwsza...
Maximus wyraźnie jest już zmęczony. Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta...
Lud wiwatuje: Maximus! Maximus!!
Dziewięćdziesiąta pierwsza... dziewięćdziesiąta druga...
Maximus bardzo zmęczony. Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta trzecia, dziewięćdziesiąta czwarta, dziewięćdziesiąta piąta....
Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta szósta...
Maximus już ledwo zipie, lecz lud wiwatuje: Maximus!Maximus!
Dziewięćdziesiąta siódma...
Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta ósma...
Maximus na kolanach wlecze się do kolejnej, lecz lud wiwatuje: Maximus, Maximus!
Ledwo się podniósł....
dzie...więć...dzie...sią...ta...dzie..wią...ta....
Maximus próbuje wstać. Lecz nie wytrzymał. Padł.
A lud rzymski : Pe-dał! Pe-dał!!!!!



Po zakończonej bójce i znokautowaniu napastnika, zwycięski Remus, kulturalny, wykształcony i praktykujący lekarz, przeszukuje pokonanego zbira, zabiera mu sakiewkę, a następnie wyrzuca go na ulicę. Widząc zdumione spojrzenie towarzyszki (z szacownego rodu), wyjaśnia:
- Kornelio, nie patrz się tak na mnie, ja... tego... rozumiesz, lekarze bez granic, no.


Po chwili (potrzebnej na nabranie oddechu po ataku śmiechu):
- Czy coś jeszcze mu zabierasz? - pyta MG.
- Zabieram mu... - Remus przypomina sobie Maximusa - A dobre miał sandały?


Smartfox wyjaśnia zawiłości struktury społecznej w starożytnym Rzymie:
- Kornelia Julia jest partycjuszką, a dowodem tego jest, żee występuje w konfiguracji 1+4. Dama plus czteropak gladiatorow.


Starcie siły woli i perswazji między postaciami. Po fatalnie niezdanych testach, smartfox stwierdza brutalnie:- Ale mamy nakoksane postacie! Stealth, którego MidMad nie ma, versus observation, którego smartfox nie ma!

Milczymy z podziwem.


W pewnej chwili Remus proponuje Maximusowi wspólne wyjście do WC, żeby obgadać na osobności pewne ciemne sprawki. Maximus znienacka stwierdza z żarem: 
- Wiem, że zawsze Ci się podobałem...
A Smartfox na to: - PEEE-DAŁ! PEEE-DAŁ!


Odtrącony Maximus nie daje się przekonać do wzięcia udziału w pewnym planie. MG sugeruje:
- Może powiedz Maximusowi cos ładnego...
- Kocham cię, Maximusie!




Rzymianie nie zapominają o swoich ulubionych czworonogach. Brutus to duży i kudłaty pies rodziny Kornelii Julii. Nie wiedzieć czemu, za każdym razem, gdy on coś spsoci, Kornelia mówi z oburzeniem: 
- I ty, Brutusie...!




(c.d.n.)