niedziela, 12 czerwca 2016

Rocranon: coś się kończy, coś się zaczyna

A oto ciąg dalszy wesołych przygód beztroskiej drużyny bez instynktu samozachowawczego:  

MG: tsar 
Postacie: Błazen Feste - Mijau 
Łowca Keffar zwany Twardzielem - Parasit 
Sokolnik i Lord Montcort - Smartf0x 
Dziki łowca Nuadu - Żuk 
Wojownik Wielki Wude - Robson 
Szamanka Mabon - MidMad

W wielkiej, ciemnej i pełnej złowieszczych dźwięków oraz potworów jaskini drużyna z narażeniem życia szukała kapłanów starożytnego bóstwa, a znalazła... groźne i krwiożercze ogry. Nuadu z Mabon niemal po omacku wchodzą do jakiegoś zaułka i nagle okazuje się, że siedzi tam potężnie się prezentujący ogrzy mag (a może kapłan?) z dwoma “ochroniarzami”. Wygląd każdego z nich nie nastraja postaci optymistycznie, pada na nie blady strach - nawet na dzielnego i dotychczas nieustraszonego Nuadu. Ogry piorunują nas spojrzeniem i czekają, co powiemy. Nadciąga chwila grozy. Przełykając ślinę Nuadu zbiera się jednak na odwagę i tonem “przepraszam, pomyliliśmy drzwi” mówi niewinnym, cichym głosikiem: 
- Właściwie to... my szukamy kaplanow Tileopessii… 
- I może już sobie pójdziemy - dodaje Mabon z nadzieją w głosie. 
Niestety ogry miały co do nas inne plany i wzięły całą drużynę do swego obozowiska.


W ogrzym obozowisku przed oczami maluje nam się scena jak z losowej wioski z głębi Amazonii, nagie lub półnagie dzikie ogry prowadzą życie codzienne: 
- Jeden ogr wyciera siusiora z zamiłowaniem…- opisuje MG. 
- Bo zobaczyl Mabon? 
- Stara, pomarszczona ogrzyca o oklapniętych cycach zajmuje się przygotowaniem posiłku… - kontynuuje niezrażony MG. Gracze, na przykład taki Fox, mają jednak inną wizję: 
- … i woła: synku, synku wytrzyj dobrze siusiora, bo obiad podaję!  


Okazuje się, że ogry są łase na wszelkie magiczne przedmioty. Zatroskani koledzy boją się o broń Keffara: 
- Schowaj swój magiczny topór, Keffarze. Jest mały, mozesz go skitrać w spodniach. 
- Chyba twoich - odpowiada z kamiennym wyrazem twarzy Keffar.


Montcort nie chce Bruny, a reszta drużyny zupełnie i ani trochę nie rozumie dlaczego: 
- Bo to psychofanka! - oburza się nieśmiały Montcort. Na zobrazowanie swoich słów Fox pokazuje nam swoją wizję Bruny:


Zupełnie nie wiemy, czemu Montcort nie daje się porwać tak żarliwej miłości.

Cała drużyna cieszy się ogromnie, że mamy takiego wspaniałego Mistrza Gry, który co krok pokazuje nam jak bardzo jest miły i jak bardzo się o nas troszczy. Po przeglądnięciu naszych kart postaci stwierdził:  
- Nikt z was nie umie gotować…Muszę to jakoś wykorzystać na następnej sesji! 
(Dopisek po kolejnej sesji: Uf, na szczęscie nie wykorzystał, ale teraz chyba już nie zapomnie...)


MG nie znęca się też nad graczami po sesji, szczególnie nad Foxem grającym Montcorta, na którego dybie nadobna Bruna: 
- Droga Kasiu! 
W mojej drużynie jest ócznik. Ma ładne rence i w ogóle nie pachnie stajnią. Nie potrafię zainteresować go sobą, mimo że staram się bardzo i w ogóle ówodzę go na każdym kroku. Proszę pomóż. Co robić? Nie chce mi się już żyć. 
Twoja B.  

Po tym, jak Fox się już prawie załamuje, MG dodaje bezlitośnie:  
- Fox, jakie to jest uczucie, jak uwodzi cię brodaty kolega z sąsiedniego miasta na sesji rpg? - po tym zdruzgotany Fox zamknął się w sobie.


Montcort wyjaśnia Nuadu pewne detale: 
- I słaby w walce jestem, k4 obrażeń w zwarciu… 
Podchodzi do nich zaciekawiona Mabon:  
- Wy znowu o seksie?

Nasze obozowisko pod jaskinią zaatakowały ogry, postacie zdążyły je opuścić tylko z kilkoma przedmiotami w rękach, cały ekwipunek przepadł. Jesteśmy zdruzgotani stratą. Chwilę później na sesji pojawia się Parasit, więc gracze próbują wykorzystać okazję: 
- Szybko, powiedz, że masz na sobie plecak! 
- Keffar! Pierwsza Twoja deklaracja na sesji: “zabrałem wszystkie wasze plecaki!” - mówi szybko Robson.  
- I oba osiołki! - dodaje Mabon, oblizując się.

Feste wbił kolejny poziom, więc czas na rzut na punkty życia:  
- WOW! 13 PŻ na 4d4! - tryumfuje Mijau. 
- O cholera, jaki rzut! - mówi Robson z podziwem.  
- Tak, tak, odczuwam pewien dyskomfort… - mówi MidMad, orientując się, że właśnie stała się postacią w drużynie o najniższej liczbie PŻ.

Podczas oficjalnego spotkania dyplomatycznego (khe khe) z ogrami nadszedł czas na zgodne z etykietą przedstawienie wszystkich członków drużyny. Obowiązek ten spada na Montcorta, który mówi kilka miłych słów o każdym z towarzyszy: 
- Oto Keffar zwany Twardzielem, dzielny wojownik, który wsławił się pokonaniem wielu wrogów. A oto Feste. No, to idźmy dalej. Oto Wieki Wude….  


Scenka rodzajowa z ogrzej wioski. Ogrzątka walą kijami w wodę. 
- Co oni robią? 
- Taka zabawa, wiecie… 
- Klepanie ryby.  

Szef ogrów, któremu drużyna podpadła m.in. zabiciem dwóch ogrzych strażników i wystrychnięciem go na dudka, wrócił do wioski i z miejsca straszliwie wykrzykuje w swym języku pod naszym adresem. Montcort jednak nie traci zimnej krwi i tłumaczy: 
- On mówi: Jasiu, nie wal tak kijem w wodę bo się spocisz!

Mabon robi szmacianą lalkę dla jednego z ciekawskich ogrzych dzieci. Montcort radośnie rozszyfrowuje jej działania: 
- Mabon robi z gałganków laleczkę voodoo, krótkim ruchem wbija sztylet w oko i malec umiera. Dobrze tak gnojowi!!!  


Ogry wdały się w głośną dyskusję z wodzem, teraz wszyscy wojownicy pokrzykują w swoim języku. Montcort i Nuadu tłumaczą ich wypowiedzi: 
- Te gnoje zabiły Sebastiana! 
- Strzelaj, Maciek!



Ta jakże zacna grafika z serii "Ostatnie słowa przed śmiercią" 
pochodzi z kultowych Mądrości Mistrza Gry.


Wódz ogrów zgodził się nas uwolnić, jeśli jeden z nas stanie z nim do honorowego pojedynku na śmierć i życie. Wude namawia do ucieczki od ogrów przed pojedynkiem. Montcort, w którym skądś nagle odezwało się szlachectwo i poczucie honoru, oburza się: 
- Co ty gadasz, ty… Nelson Wudela się znalazł!  

Okrog, orczy kapłan, dyskutuje z Nuadu, całkiem mądrze, jak na ogra, argumentując… w końcu Nuadu mówi: 
- No dobrze, to brzmi nawet logicznie… 
- Po raz pierwszy w historii ogr zagiął człowieka w logicznej dyskusji! 
- To duże osiągnięcie - tłumaczy Montcort - Nuadu jest wielkim myślicielem w swym narodzie... 
- Ej - oburza się Nuadu - bo ci zaraz pokażę starożytny znak naszego narodu! 
- ...i smutnym kutasem - dokańcza Montcort bezlitośnie.


Pojedynek z wodzem ogrów ma się odbyć w dole pojedynkowym. Obmyślamy najlepszą taktykę walki i zastanawiamy się, kto z nas powinien reprezentować drużynę:  
- Jak w MadMaxie walczcie, duży głupek i mały mądrala! - rzuca ktoś. MG się dziwi: 
- Ale jak Keffar wejdzie na Festego?  


Podjęliśmy decyzję, że naszym championem będzie Keffar zwany Twardzielem. Jego dodatkowym atutem w walce ma być magiczny topór, ale na miejsce pojedynku nie wolno wnosić żadnych przedmiotów. Pytanie brzmi: jak przemycić topór na arenę, żeby najpierw nie dorwały się do niego ogry? Koledzy sypią pomysłami jak z rękawa, wykazując się zdumiewającą wiedzą i niepokojącą wyobraźnią: 
- Włóż pod kilt!  
- Nie, bo jak skoczy, to torbę mu utnie! 
- Zrób jak z narkotykami na lotnisku, włóż do tylka trzonkiem, potem kucniesz, kaszlniesz i wypadnie! 
- Może niech się posmaruje trucizną, kurarą, od Festego? Ogr szybciej zginie! 
- Wiem! Niech nabierze do ust mikstury zionięcia ogniem! 
- Aha, a potem zaatakuje ogra: ogień z ust, a topor z dupy… 
- A jak się pomyli i zrobi na odwrót!? 
- To będzie pocisk kierowany ogniowo… 
- Najpierw zionie ogniem, a potem się odwróci i pierdnie! 
- Przynajmniej dzięki temu zyska nowy przydomek: Keffar dupomiot! 


Smartfox doznał przypływu weny twórczej:  
- Już wyobrażam sobie narrację MG: "Keffarze, schodzisz, nie jest fajnie, nie jest wygodnie. Nie wiesz, co jest najgorsze, czy chłód na torsie, czy podrażnienia i oparzenia od mikstury zionięcia w ustach, czy drzazgi wbite w okrężnicę od topora, czy może pierścień mocy uciskający żołądź, a może kurara na paznokciach?  
Pozostali gracze turlają się ze śmiechu. MG zachowuje pokerową minę do momentu rozpoczęcia pojedynku. Wszyscy milkną, oczekując opisu. MG zaczyna mówić: 
- Keffarze, schodzisz, nie jest fajnie, nie jest wygodnie. Nie wiesz, co jest najgorsze, czy chłód na torsie, czy podrażnienia i oparzenia od mikstury zionięcia w ustach, czy drzazgi...  


Feste przed pojedynkiem przyskakuje do Keffara i rozmasowuje mu ramiona. Potem wyskakuje przed niego i robi kilka bokserskich ruchów i uników. Montcort stwierdza: 
- Patrzcie, Festoterapeuta!  

Zagrzewamy Kefara do walki: 
- Keffar jest dzielny, on moze wszystkim walczyć, on się może się nawet posługiwać miękkim porem! - rzuca Montcort. 
- No z tego, co dziewczyny po tawernach opowiadaly, to faktycznie… - mówi Nuadu.


Drużyna zajmuje miejsca przed pojedynkiem, aby móc wszystko dobrze obserwować: 
- Gdzie stoisz, Mabon? 
- Miedzy Nuadu a Monctortem. 
- Aha, koło ogra… 
- A nie, to Bruna! 
- Nie mów tak o dziewczynie Montcorta!  
- Eeej, co robisz - oburza się Smartfox widząc, że MG ten przesuwa żetony postaci i zagrożona jest cnota jego postaci - wyjmij Brunę spod Moncorta! 
- Nie da się… zablokowała sie o jakiś...  
- ...bolec…?


Trzeba dbać o morale podczas walki, przoduje w tym Montcort: 
- Jak ogry krzyczą, skandują, to ja im pomagam: oni wołają LAKDUSH, a ja dodaję PEEDAŁ! Wiecie, jak Maximus! 
(Jak nie wiecie - to w tym miejscu się dowiecie.)  

Gnębimy Montcorta. Jedna Anonimowa Osoba przejmuje postać Bruny, po uszy zakochanej w Montcorcie: 
- Bruna szuka dloni Montcorta i mocno zaciska na niej swoje palce - na twarz Montcorta wpełza przestrach. Fox z pośpiechem deklaruje ku wielkiemu smutkowi towarzyszy:
- Montcort wciska ręce do kieszeni. Dłoń Bruny trafia w pustkę.  
Wszyscy jesteśmy bardzo zasmuceni, że znów się nie udało.


Mabon za to stoi w milczeniu, pilnie przyglądając się ruchom Keffara... Gdy ogr zamachuje się do ciosu, Mabon zamyka oczy i ukrywa twarz na ramieniu stojącego obok Nuadu.  
- Nuadu, nie masz ramienia! - opisuje MG przypominając o jej żarłoczności. 
- Ma, ale obsmarkane! - poprawia MG Moncort.  


Montcort po jednym z uderzeń skanduje: 
- Lugdush może kawał ogra! Dostał w torbę - już nie pogra!  
Nuadu się dołącza: 
- Lugdush w dziurze w łeb go wali, ale dupy nie ocali!!!  
Montcort nie chce być dłużny: 
- Lugdush, Lugdush ty chuju! 
Montcort obgryza paznokcie, martwi się, co jeśli Lugdush obróci Keffara na brzuch? Po czym skanduje: 
- Błąd Lugdusha, nas nie wzrusza. Ruch Keffara nas powala! 
- Keffar nie walcz niczem skorek, tylko szybko kop go w worek! - rzuca Nuadu. 
- Keffar, co robisz? - pyta MG. Keffar zaczyna się zastanawiać. 
- Keffar łap topora i zajeb mu w wora!!! - krzyczy Montcort. 
- Łap za stylisko! I dopuść go blisko! - precyzuje Nuadu.


Po zabiciu ogra przez Keffara Robson stwierdza: 
- Achievement unlocked: Keffar Ogrobójca.  


Po znalezieniu (tak lekko 5 sesj później, niż planowaliśmy) legendarnych, jaszczurczych kapłanów Tilleopessi, gracze nie posiadają się ze szczęścia: teraz to już na pewno misja się nam powiedzie i ocalimy miasto! Okazuje się jednak, że nic nie wskóramy bez pewnego ważnego miecza - reliktu, który najprawdopodobniej znajduje się daleko stąd. Wściekły Montcort nie wytrzymuje:  
- Kurwa, tak dymaliśmy po lesie, w deszczu, wilki, elfy, tyle niebezpieczeństw, ogry, i co? Wracamy z pustymi rękami! I teraz mamy lecieć z powrotem do Sotham, szukać miecza… a potem znowu wrócić przez lasy, deszcz i wilki, ogry… I co? I wtedy jaszczuroludzie powiedzą: “A pochweee do mieeeczaa maaaaaciiieee?”  

Koniec sesji.  
- To ile pedeków? - pytają gracze, a szczególnie Fox, bo Montcortowi brakuje tylko 98 PD do levelu. - Pewnie dostanę 97 PD, bo nie znaleźliśmy reliktu...- dodaje z zawodem w głosie, wymownie spoglądając na MG. 
Dziwnym trafem jednak udało mu się dostać kilka pedeków więcej, nawet mimo nieczułego ignorowania biednej Bruny :(

piątek, 10 czerwca 2016

Tymczasem w Rocranonie...


W dzisiejszym odcinku dowiemy się, jak sobie radzić z bandą dzikich psów, głodnych ogrów i jak nie prowadzić zalotów.

MG: tsar
Postacie:
Błazen Feste - Mijau
Łowca Keffar zwany Twardzielem - Parasit
Sokolnik i Lord Montcort - Smartf0x
Dziki łowca Nuadu - Żuk
Wojownik Wielki Wude - Robson
Szamanka Mabon - MidMad


Do naszego obozowiska zawitały bezpańskie (?) psy dingo najpewniej zwabione zapachem jedzenia. Montcortowi dingo zeżarł ostatnie racje żywnościowe, więc jak to na prawdziwego przyjaciela przystało, postanowił podchrzanić trochę racji z plecaka śpiącej Mabon. Montcort podchodzi i zaczyna jej grzebać w plecaku. Zauważa to Keffar:
- A co tu nasz jaśnie hrabia ODPIERDALA?!?!?!?


Po drodze wzięliśmy ze sobą ranną elfkę. Patrzymy na planszę z żetonami symbolizującymi wszystkie postaci, jest na nim narysowane coś zielonego ze szpiczastymi uszami:
- A co to za goblin mały? - pyta Montcort.
- Chodzi ci o Mabon? - pyta usłużnie MG.
- TO JEST PRZECIEŻ ELFKA!!! - Mabon puszczają nerwy.


Keffar, Ostrojczyk (czyt. coś w stylu wikinga) płynął łodzią do jaskini pod wodospadem. Wraca cały przemoczony, a tu okazuje się, że zaraz trzeba płynąć z powrotem. Bruna od razu pyta:
 - Nie powinieneś się rozgrzać po tej kąpieli?
Keffar odpowiada dumnie:
- Ja już się rozgrzałem wiosłowaniem tutaj!
- To się jeszcze rozgrzejesz w druga stronę… - dorzuca przebiegle Montcort.

Weszliśmy do jaskini i szukamy zaginionych kapłanów dawnego bóstwa, ale zamiast tego napotykamy obleśne ogry. MG opisuje odgłosy w ciemnościach:
- Słyszycie jakieś charknięcie, lepkie gluty upadają na posadzkę...
- To jeden z kapłanów Tileopesii... - zgadują gracze. - Odprawia rytuał!

Ogry z jaskini nie są pokojowo nastawione. Na graczy pada blady strach. Kto przeżyje sesję?
- No, jak to, tylko Wude, schowa się w ciemnościach. - Ktoś przypomina o specjalnej umiejętności czarnoskórego wojownika.
- Wystarczy, że zamknie oczy!

Wude dostał potężny cios od ogra, ale z pomocą pospieszyła Mabon i uleczyła go. Montcort wyjaśnia:
- Wude dostał NFZtem…
- Aż za 6 pkt.? - dziwi się Wude. - To chyba prywatną służbą zdrowia…



MG grozi Montcortowi:
- Jak masz napięty łuk i czekasz, to może ci się strzała wymsknąć...
Jego towarzysze wyjaśniają ze smutkiem:
- Montcort ma problemy z przedwczesnym... Tym.. no…
- Zwolnieniem cięciwy.
- Właśnie.

Ogry są wściekłe, żeby nas przepuścić, domagają się mięsa. ktoś wpada na genialny pomysł:
- Dajmy im lembasy, to ich zabije!

Ogry twardo się targują, gracze na to stawiają ultimatum:
- Damy wam dwa jelonki i pokażecie nam drogę do kapłanów!
- MIELONKI!? - rozlega się nagle pełen niedowierzania głos w tle. Mabon burczy w brzuchu.

Ogry od jelonków wolą jednak Mabon, która wpada w popłoch:
- Nie pozwalajcie im mnie wziąć, obiecuję, będę mniej jeść!

Mabon próbuje przekonać ogra, żeby nie zabijał jej przyjaciół. MG opisuje:
- Ogr nie odpowiada…
- Ha, ha - rzuca jakiś zupełnie anonimowy gracz - Pewnie ciamka Wudego.
- ...chyba Wudemu?


Zabiliśmy 2 ogry, MG nas "chwali", jak to tylko on ma w zwyczaju:
- Ale ładnie! Ogry dają dużo pedeków!... - gracze się radują, ale MG szybko się poprawia: - A nie, w sumie to nie tak dużo.

Mabon zadała ogrowi, z którym od dłuższej chwili walczył Keffar, śmiertelny cios. MG opisuje:
- Mabon staje stopą na ogrze i wyciąga mu z klatki piersiowej oszczep...
- A potem oblizuje! - dodaje krwiożerczo Mabon.
- Chyba cmokta oszczep... - dorzuca jakiś anonimowy lisek.

Gracze podsumowują swoje dokonania po walce z ogrami:
- Jeden ogr stracił jaja, a drugi worki.
- Jeden miał nóż, a drugi drąg. Teraz nic nie mają.

Mabon robi killsteala na ogrze. Parasit/Keffar smuci się. MG nie przepuszcza okazji do podrażnienia się z graczem:
- Sorry, Parasit, za ogra wszystkie PD chyba dostanie Mabon...
- A ile PD jest za Mabon? - rzuca rzeczowo Parasit.

Temat PD powrócił po sesji. Jak zawsze usłużny MG poinformował pozostałych graczy, że za Mabon należałoby się im jedynie 50 PD, za to co innego, jeśli chodzi o pozostałe postacie…
- Za Keffara z magicznym toporem w łapie jest między 300 a 475 PD - kochani towarzysze Keffara od razu rozpoczęli planowanie jak by tu go pozbawić życia.
- To już byłby level! - rozmarza się Fox. - Tyle, że musiałbym to zrobić szybko. I to od pleców strony. I kiedy śpi. I musiałbym dwoma strzałami trafić. Zadać sporo obrażeń. Tyle niebezpieczeństw, a tylko 475 expa.
- Czyli Mabon to dla nas żaden deal - myśli głośno Żuk - za to jak ona by nas opierdoliła podczas snu, to od razu by jej ze dwa levele skoczyły do przodu i jeszcze by dostała odznakę Lectera.


W wodach mrocznego jeziora pływa jakiś potwór:
- Widzieliście to? Tam… czarne… długie… obślizgłe… - duka przerażona Mabon.
- Wude! Schowaj to! - krzyczy Nuadu.
- Przestań, Mabon, Wude to też człowiek! - strofuje towarzyszkę Montcort.

Zamyślony Wude ma palucha w nosie:
- Aha, coś czarnego i obślizgłego?
- To nie był palec… - precyzuje Montcort jak zwykle.

Wielki Wude został po pewnym czasie pieszczotliwie przechrzczony na WD40.

W ogromnej jaskini strasznie śmierdzi. Wchodzimy w jakiś tunel.
- Ale nas te elfy załatwiły, śmierdzi tu jak w smoczym odbycie.
- Tak czy siak, jesteśmy w dupie.
Po chwili Wude dodaje:
- Już nie jesteśmy w dupie, tylko w okrężnicy.
- Kolonoskopia!

Przed kolejną sesją MG niby mimochodem napomyka, że czeka na nas więcej ogrów. Zupełnym mimochodem również udostępnia nam nawet trochę ich statsów. Gracze usiłują robić dobrą minę do złej gry, ale Mijau przybiera błazeńską manierę hebanowoskórego Feste i oświadcza z rozbrajającą szczerością:
- Czarno to widzę!

Okazuje się, że Parasit nie może być na sesji, a jego postać, Keffar, to nasz jedyny o-mało-co tank drużynowy. Przed sesją kombinujemy:
- Robson, graj Keffarem!
- Mogę se pograć Keffarem? - Robson, dyżurny animator enpeców, pyta MG z błaganiem w głosie i miną kota ze Shreka - No daaaaj się karnąć Keffarem!!!
Gdybyście mieli wątpliwości, MG oczywiście nie dał.

Mijau wyraża troskę po nieobecności na dwóch sesjach.
- A czy ktoś się Festem karnął jak mnie nie było?
- No co ty, czarnym i do tego błaznem? - oburza się hrabinka Montcort.
- JECHAŁBYM JAK DZIKI! - zaprzecza zachwycony Nuadu.

Nadszedł czas na tropienie śladów w lesie. Feste niestety nie nadaje się do tej roboty:
- Nie jestem łowcą. Jestem z miasta.
- To widać… - podśpiewuje w tle Nuadu.

Montcort znany jest z tego, że jego strzały nie trafiają do celu albo się łamią, przez co pojawiła się teoria, że struga je z sera. Otrzymał nawet ksywkę "Hrabia Mozzarelli". Podczas nocnej warty dzielny łucznik słyszy skradanie i widzi jakąś sylwetkę, więc zaczyna się lekko niepokoić i naciąga cięciwę. MG jednak wyjaśnia:
- Uspokaja cię zapach dymu z ogniska...
- Uspokaja mnie raczej… Zapach mozzarelli!

MG opisuje spotkanie chętnej Bruny z nieśmiałym Montcortem, który broni się przed nią i jej miłością rękami i nogami. Wszyscy gracze (poza Foxem, dziwnym trafem, którego mina jest coraz bardziej kwaśna) chichrają się bez opamiętania… W pewnym momencie Mijau nie wytrzymuje i wciela się w rolę MG w chwili, gdy Bruna przysiada się bliżej Montcorta:
- Dłoń Bruny sunie w dół…
Mina struchlałego Montcorta - bezcenna!



Chcieliśmy wzbudzić płomień miłości między Montcortem a Bruną, więc podrzuciliśmy druzynowej zabijaczce bukiecik kwiatuszków i napisany przez Festego wierszyk miłosny. Oto poezje Festego:

"K" literkę sam postawię
"O" literkę tobie zostawię
"C" literka też może być bez tego
"H" nie może żyć
Później postawię "A" i "M"
Na końcu piękny wyraz "CIĘ"

Jesteś latem mym i wiosną,
Roześmianą wciąż radością,
To Ty zimą i jesienią
Jesteś kwiatem i zielenią,
Tyś mym źródłem i strumieniem,
W Tobie gaszę me pragnienie,
Z Tobą wszystkie chwile dzielę
Świątek, piątek i niedzielę.
Składam dzisiaj w Twoje ręce
Życie moje i... me serce!


Wściekły Montcort nie pozostaje mu dłużny:

Tobie poślę w dupę strzałę,
Z trzewi wyrwę flaki całe.
I rozrzucę je po rucie,
Ty błazeński, czarny... Feste.


Feste zaraz odpowiada:
Mocne słowa, jak na gołowąsa,
co ze swojej kuśki tylko wciąż obtrzasa.
Wolisz swoją silną dłoń,
niż wilgotną ciepłą toń.
Montcort, Montcort, siusiaku.

Montcort nie wytrzymał napięcia i sięgnął po ciętą ripostę:
Feste, Feste Ty chuju!
To chyba było jakieś haiku?


Gracze zastanawiają się, jak upamiętnić ten pojedynek na rymy:
- Jeszcze trochę i wydamy tomik wierszy: “Na rocranońskim wybrzeżu”.
- A może książkę “Życie seksualne dzikich”?
- Hej, ja jestem dziki, nie Montcort! - oburza się (dzikus) Nuadu. Po czym dodaje uczonym tonem, powołując się na tytuł szlachecki towarzysza:
- Napiszmy lepiej dysertację “życie seksualnie na dworze”.



c.d.n.

sobota, 4 czerwca 2016

Nowy system, starzy gracze, bydło to samo


Z okazji Roll20conu ogranizowanych jest właśnie sporo przefajnych sesji… oczywiście obfitujących w kwiatki i masę wesołych scen. Oto relacja z jednej z nich:
System: WOIN (WHAT'S O.L.D. IS N.E.W.)

MG: John
Postacie:
Przemytnik Marcus, człowiek - Jason
Pilot Matron, android - truegreen
Gwiezdny Rycerz (wcale nie Jedi) Tereval, venusjanin - Jango
Mechanik Thrarin, borionin - Morgan
Doktor Makil, felanin (rasa kotowata) - MidMad

Drużyna to załoga statku do przypominającego krzyżówkę Sokoła Millenium z Serenity, działająca nie do końca zgodnie z prawem i starająca się nie wpaść w łapy złowrogiego Sojuszu Planet, którego żołnierze do złudzenia przypominają szturmowców w białych zbrojach. Ale wcale nimi nie są. Ani trochę.

Zastanawiamy się, co też w zasadzie mamy w ładowni. Przemytnik Marcus stwierdza z poważną miną:
- Ależ nie mamy nic nielegalnego!
- ...o czym byśmy wiedzieli… - dorzuca Gwiezdny Rycerz Tereval.
- Ale w zasadzie jaka jest definicja nielegalnego? - pyta się pani doktor z niewinną minką.

Mistrz Gry nie ułatwiał nam życia. Nasz statek nazywał się bowiem Ser...ekhem, Equanimity. Nie tylko cała drużyna wiecznie miała problemy, żeby ją wymówić, samemu MG też okrutnie plątał się język:
- Eque kłekłe...
- Iki kłiki Kłikłi ikłi!
- Abuebuebue.
- Dobra, załogo. Od dzisiaj statek nazywa się IKI! - stwierdził litościwie MG.


Dowiadujemy się co nieco o statku od MG:
- Macie luksusowy statek… Dużo kapsuł ratunkowych, ambulatorium, salon, stół do bilarda, meble a la Ludwik XVI…
- I kuweta dla kota!!! Znaczy, pani doktor!

MG podkreśla, że statek jest naprawdę drogi. Zmysł handlowy graczy od razu daje o sobie znać:
- Sprzedajmy go i wydajmy kasę na wódkę i dziwki! Koniec sesji, ile dostaliśmy pedekow?!

Przemytnik Marcus jest znanym kobieciarzem, co często przysparza mu kłopotów, szczególnie ze strony zdradzonych mężów wracających zbyt wcześnie do domu. Ale na statku uwił sobie odpowiednie gniazdko.
- Wiecie, podchodzę do takiej i mówię: chcesz zobaczyć moją brykę, maleńka? A potem prowadzę ją do środka. Mam tam trzy pokoje dla dam mojego, ekhem, serca: jedna z wystrojem a la dżungla, drugi to nadmorska plaża.. a trzeci… hm… WIEM! Tylne siedzenie camaro! - rozmarza się.

Po rozmowie ze zleceniodawcą w barze Marcus stwierdza, że spodobała mu się pewna kelnerka, więc postanawia skorzystać z okazji.
- Do wylotu została nam godzina? Zdążę!
- Tylko nie złap czegoś, jak ostatnim razem, i nie przychodź do mnie po maść… - stwierdza marudnie pani doktor.
- No ale skąd miałem wiedzieć, że ta kelnereczka to nie ONA, tylko ON?


Do członków załogi należy android zafascynowany ludzką naturą. Ogląda z zaciekawieniem ludzi w barze, a potem nagrywa film z podkładem lektora do późniejszej analizy. 
- Widzimy Borionina niepewnie zbliżającego się do niczego nie spodziewającej się ofiary. Jest to łysiejący mężczyzna w średnim wieku, stojący za barem i łypiący na niego nieprzyjaźnie. Wyraźnie szykuje się wyzwanie. Borionin szybko wyjmuje z kieszeni kilka monet i atmosfera się ociepla. Barman podaje mu kufel spienionego piwa. Czytała Krystyna Czubówna.

Dziwnym trafem przewozić mamy jakiegoś dziadka, robota, młodego chłopaka i… nie zadawać żadnych pytań. Z niczym nam się to oczywiście nie kojarzy. Młodzian wchodzi na statek, ogląda go i mówi z powątpiewaniem:
- Czy to w ogóle może latać?
- Tak. Ale tylko jak wyjdziesz i popchniesz. - denerwuje się Marcus.


MG opisuje, zwracając się do przemytnika:
- Marcus, słyszysz jakieś kroki, ktoś biegnie…
- Ale czy to bardziej przypomina kroki wkurzonego męża czy policję? - odpowiada Marcus ze znawstwem.

Na desce rozdzielczej statku mamy laleczkę hula o ponętnych kształtach. Marcus przejmuje stery i w efekcie statkiem od razu rzuca:
- Zrobiłeś to specjalnie, żeby zatańczyła i poruszała bioderkami, prawda? - rzuca oskarżycielsko android, dobrze znający swego pana.

Uciekamy przed atakiem krążownika i myśliwców:
- Nie namierzają nas już żadne rakiety!
- Chyba uciekliśmy, hura!
- Famous last words… - stwierdza ktoś i własnie w tej chwili zapala się kontrolka informująca o ataku rakietowym z krążownika.


Próbujemy robić uniki przed rakietami:
- Zrób beczkę! - Marcus instruuje pilota-androida.
- Przypomnij mi, żebym następnym razem nie jadła śniadania - mówi z wieżyczki strzelniczej nieco zielonkawa doktor Makil po pierwszej pętli.
- Jak dobrze zadziała siła odśrodkowa, to ci pokażę, jak zrobić, żeby śniadanie wróciło z powrotem do środka! - pociesza kocicę Marcus.

Krążownik nas atakuje, zdejmuje nam tarcze i sytuacja jest coraz bardziej krytyczna. Mechanik Thrarin lamentuje:
- Czemu wydaliśmy całą kasę na luksusowe wyposażenie, a nie na tarcze???
- Hej, luksus musi być! - stwierdza Marcus z oburzeniem, myśląc o wywieraniu odpowiedniego wrażenia na paniach - Trzymajmy pewien poziom!

Oprogramowanie androida zostało nieco zmienione przez Marcusa, dlatego czasem dziwnie się zachowuje. Marcus jednak zapewnia, że android będzie zawsze nas ochraniał. W chwili, gdy następuje walka w kosmosie, android Matron robi uniki statkiem, bo, jak wyjaśnia:
- Muszę… chronić… obiekty moich eksperymentów!

Mimochodem ktoś puszcza plotkę, że Matron filmuje wszystko na statku, by zrozumieć istoty myślące i przeanalizować ich działanie. Thrarin protestuje:
- Nie ma żadnych kamer na statku, Marcus wszystkie zdjął, żeby zachować dyskrecję, gdy szmuglujemy trefny towar! Żadnych dowodów!
- Ale może on właśnie ma kamerki… tylko w pokojach, w których odwiedzają go panie?

Krążownik Złego Sojuszu zaatakował nas wszystkim, czym miał. Leci do nas rakieta wielkości naszego statku. Postacie maja nietęgie miny, bo nie obronimy się przed nią, ale jest szansa, że nie trafi. Doktor Makil miauczy cicho:
- Muszę chyba iść po pieluszkę. Mamy jeszcze pieluszki, prawda?
- Android usłużnie sprawdza listę zaopatrzenia statku.
- Tak, mamy… jeszcze 3kg. Zostały z tego razu, jak jedna z pań Marcusa miała takie dziwne zachcianki i chciała się bawić w dorosłe niemowlęta… - Marcus piorunuje androida wzrokiem. - No przepraszam, szefie, tak było! Chcesz zobaczyć nagranie dla przypomnienia?

Okazało się, że krążownik w nas nie trafił. Myśliwce też pudłują. Oddychamy z ulgą.
- Ha, ha! W stodołę by nie trafili! - cieszy się nasz mechanik.
Nagle pojawia się nasz pasażer-młodzieniec, który ciągle marudzi na jakość statku, i stwierdza:
- Całe szczęście, że latamy stodołą! - Złość Marcusa sięga apogeum.


Zastanawiamy się:
- Ale w zasadzie to dlaczego nas ściga sojusz? Nic złego nie zrobiliśmy. - mówi Gwiezdny Rycerz.
- No wiecie, Marcusa nie było aż godzinę, na pewno znowu coś przeskrobał…
- Wiecie co… biorąc pod uwagę reakcję sił zbrojnych Sojuszu, to on chyba był z córką prezydenta…

Android w chwili przerwy postanawia zająć się czymś pożytecznym i po przelocie przez pas asteroidów stwierdza:
- To ja zbieram pył meteorytowy z filtrów.
- O, przyda mi się do kuwety! - stwierdza pani doktor z radością.

Czekamy na Marcusa i czekamy. Okazuje się, że gracz na chwilkę wyszedł.
- Wygląda na to, że Marcus zaczął myśleć nad tym, co zrobić…
- Oj - martwi się android i dodaje ze znawstwem - w takim razie to długo potrwa.

Zabiliśmy jednego ze szturm… ekhem, żołnierzy Sojuszu, Marcus krzyczy do rycerza Terevala zamachującego się swoim miecz… znaczy, szpadą świetlną:
- Tylko zostaw w spokoju jego nerki! Przydadzą się!
Tereval wzdycha rozczarowany i mówi:
- To ja w takim razie idę pomedytować. 
- Dobra, to ja je zjadam - oblizuje się pani doktor.
- A tak w ogóle to po co ci one? - pyta Marcusa Thrarin.
- No jak to, można je sprzedać na czarnym ryknu… Znaczy… oczywiście wcale bym tego nie zrobił.
- Jak nie zrobisz, to ja je zjem na surowo. - cieszy się dr Makil.
- A może zamiast nich zjesz sobie jego wątróbkę, a my przez ten czas przeszukamy resztę tajnego kompleksu. - proponuje Marcus. Kocica oblizuje się jeszcze bardziej i radośnie kiwa głową, a Marcus w pamięci zaczyna już obliczać zyski czarnorynkowe.

W końcu docieramy do wielkich drzwi, za którymi na pewno znajduje się Główny Zły (™). Stwierdzamy, że czas otworzyć drzwi i stawić mu czoła w finałowej walce. MG, nie kryjąc podniecenia, pyta:
- Czy jesteście gotowi? - odpowiada mu chóralny krzyk dzielnych bohaterów:
- NIEEEEEEEEE!!!!!


Głównym Złym (™) okazuje się być eks-rycerz z zakonu Terevala, który zaprzedał się złu (niespodzianka!). Ma czarny płaszcz i czerwony mie… tfu, szablę świetlną.
- Teravelu! Czekałem na ciebie! Wreszcie się spotykamy! - krzyczy przeciwnik. Zalega cisza w tej podniosłej, epickiej chwili. Nagle słychać kilka szepczących głosów usłużnie podających dalsze kwestie Złemu Rycerzowi:
- Krąg się zamyka! 
- Opuszczałem cię jako uczeń!
- Teraz sam jestem mistrzem! - wtedy wszyscy jak jeden mąż zaczynają chichotać i przerzucać się dalszymi cytatami z pewnego filmu, do którego George Lucas już nie ma praw ;)

Okazuje się, że Główny Zły to twarde bydlę i ma do pomocy wielkie roboty bitewne. Istnieje szansa, że nie wszyscy wyjdą z tego żywi. MG pyta stojącą przy drzwiach drużynę:
- To jaki macie plan?
- ZAMKNĄĆ DRZWI I UCIEKAĆ Z POWROTEM DO STATKU!!! - krzyczy Marcus bez zastanowienia.
- Ale ja już jestem po ich drugiej stronie! - sprzeciwia się z powodu nielojalności towarzysza Teravel, który podjął wyzwanie złego rycerza, osłaniając towarzyszy własną piersią.
- WŁAŚNIE O TO MI CHODZIŁO!!!

Ostatecznie dopadliśmy Głównego Złego, Teraval spuścił mu niezłe manto, Marcus i Thrarin rozwalili roboty, a kocia doktor Makil zadała ostatni cios, kończąc życie zdradzieckiego złego rycerza. Spoglądając na jego zwłoki, mówi:
- To co, ktoś ma ochotę na kawałek, czy mogę zjeść jego całą wątrobę?
Marcus patrzy na panią doktor z uśmiechem i mówi:
- Idziemy łeb w łeb. Ja kolekcjonuję f0cie różnych części anatomii, a ona - wątroby!
Kurtyna.