niedziela, 25 czerwca 2017

Na skrzydłach Rocranon: z kamerą wśród centaurów (a może gibonów?)


MG: tsar
Postacie:
Błazen Feste (Mijau) - czarnoskóry młodzieniec z zamorskich krain, o pomalowanej bielidłem twarzy i lepkich rączkach. Lubi warzyć różne podejrzane mikstury i płatać figle (szczególnie Montcortowi).
Łowca Keffar zwany Twardzielem (Parasit) - dzielny, muskularny i waleczny Ostrojczyk (aka wiking). Niektórzy zwą go też Brunatnym, ale poza najbliższymi towarzyszami nikt nie wie, skąd wzięło się to mrożące krew w żyłach przezwisko...
Lord Montcort, sokolnik (smartf0x) - świeżo upieczony szlachcic, za plecami zwany pieszczotliwie przez towarzyszy "hrabianką". Dowódca części wojsk, które mają za zadanie bronić Sotham przed atakiem ryboludzi z głębin. Najnowszymi nabytkami podnoszącymi obronność miasta są dwa słonie, Maniek i Dolores, oraz maskotka oddziału - Sir Burgess, dzielny buldog.
Dziki łowca Nuadu (Żuk) - nieustraszony wojownik, który sieje grozę w sercach wrogów, gdy wyciąga swe dwa miecze. W lesie czuje się jak w domu. Lubi wiewiórki, szczególnie gdy nikt nie widzi...
Alchemik Simeon (Robson) - wielce mądry, a na dodatek lekko draśnięty zębem czasu uczony z zamiłowaniem do przeprowadzania eksperymentów z udziałem ognia i wybuchów.
Szamanka Mabon (MidMad) - wstydliwe, młode i niezwykle żarłoczne dziewczę z Paezurii, lubujące się w pląsaniu wśród drzew, oswajaniu zwierzątek i pieczonych kurczakach.


Drużyna na miejsce ma udać się podzielona na pół, bo Simeon ma jeszcze rzeczy do załatwienia w mieście, a Mabon jest umówiona na romantyczny wieczór z Folkem. Keffar decyduje:
- No dobra, wy jedźcie a ja was potem z nimi dogonię.
 - A ty co?! - dziwi się Montcort.
- No, chcę to zobaczyć!
 - Ale co ty będziesz tam robił? - pyta Nuadu.
- Będę pilnował, żeby Folke Mabon nie zbałamucił. - wyjaśnia Keffar.
- A ty myślisz, że po co on się z nią umawiał? - dopytuje się Nuadu.
Keffar zamyśla się na chwilę:
- No to w takim razie, jak mu będzie chujowo szło, to mu pokażę co i jak!


Stanął znów problem niewystarczającej liczby rumaków. Ostatnio drużyna pożyczyła dwa wierzchowce od Folkego, aby dostać się na wybrzeże. Mabon udaje zniecierpliwienie:
- No i co?! Znowu mam iść na żebry do Folkego?!
Keffar wzdychając po ojcowsku:
- No już dobrze, jak chcesz, to idź.

Nagle drużyna orientuje się, że w pierwszej grupie jest łowca Nuadu, strzelec i złodziej, a w drugiej szamanka, alchemik i drużynowy tank, Keffar. Pierwsza grupa nieco martwi się o to, że druga będzie musiała przebijać się w słabszym składzie przez dość niebezpieczne obecnie tereny. Nuadu oburza się:
- Ej! Ale tam tylko jeden Keffar jest wojem!
Keffar pobłażliwie odpowiada:
- No, szkoda mi was trochę, ale ten jeden raz jakoś będziecie musieli sobie dać beze mnie rady.


W środku bitwy, drużyna staje twarzą w twarz z ogromnym dowódcą ryboludzi. Ten podnosi wysoko uzbrojone łapy w górę i wydaje z siebie przeraźliwy skrzek, jednocześnie stawiając swoje grzebienie, aby wyglądać bardziej wojowniczo. Montcort objaśnia:
- Patrzcie! Rzucił nam wyzwanie! Chce walczyć honorowo. Zajebmy go z dystansu!

Drużyna zauważa, że potężny mag ryboludzi ma bardzo charakterystyczne szaty. Montcort stwierdza, naciągając łuk:
- Wiecie, czemu magowie są zawsze tak kolorowo ubrani? Żeby ich było łatwo trafić!

Mabon postanawia rzucić czar i zaczyna klimatyczny opis, jednak Montcort szybko dorzuca swój:
- Mabon inkantuje: “Udko z kurczaka, łyżka w cieście, zapierdolmy maga wreszcie!”

Oddział centaurów pomaga drużynie i jej oddziałowi wojskowemu w bitwie. Okazuje się, że wodzem centaurów jest kobieta. Mabon się cieszy:
- Ojej! Oni mają matriarchat!
- Chyba klaczariat - Montcort usłużnie gasi koleżankę.

Biedny Keffar, choć wyrwał się do przodu i szybko starł się z przeciwnikami, jednak bogowie kości nie byli po jego stronie. Pudłował straszliwie a tymczasem reszta drużyny rozprawiała się z ryboludźmi. Kiedy w końcu udało mu się porządnie zranić jedno ze stworzeń, dobijające trafienie z ukrycia zadaje drużynowy kuglarz. Keffar jest załamany. Montcort patrzy z niepokojem na przyjaciela:
- Feste, powiedz mu, spokojnie, jesteś już bezpieczny.
Feste odpowiada niewinnym tonem:
- Tak! My ciągle mieliśmy cię na oku, nic nie mogło ci się stać.

Graczom nie idą rzuty w walce i są z tego powodu bardzo smutni. MG stara się ich uspokoić, stwierdzając filozoficznie:
- Czasami rzuty wychodzą, czasami nie. Zobaczcie: mi wychodzą, a wam nie! - i tu wszyscy słyszą jego triumfalny, demoniczny śmiech.

Gdzieś w oku kamerki internetowej Mid pojawiła się druga osoba, która okazała się być jej siostrą. Pozostali członkowie drużyny przerywają granie i z ciekawością obserwują interakcje między siostrami. W końcu Mid wraca do gry nakładając na głowę słuchawki i ten moment wykorzystuje Fox.
- Mid. Masz taką ładną siostrę, a my znamy ciebie.


Montcort nie chce zabrać Mabon na spotkanie z centaurami, które nagle przyszły w sukurs ludziom w czasie bitwy z ryboludźmi. Jako powód podaje żartłoczność szamanki.Montcort wyjaśnia:
- Nie! Nie! Nie idziesz! Nie będę cię potem ściągał z zębami wbitymi w zad centaura!


Centaury są ludem żyjącym w zgodzie z naturą, odnosi się to również do faktu, że nie przykładają wagi do odziewania się, jeśli nie służy to ogrzaniu ciała. Pewien problem pojawia się kiedy Montcort staje twarzą w twarz z centaurzycą Shalimą. Młodzieniec mamrocze pod nosem:
- Patrz na twarz, patrz na twarz, patrz na twarz, nie możesz, nie możesz, nie możesz... A może?
Simeon go ruga:
- Ej no przestań! Ona by nawet nic nie poczuła!
Montcort odcina się, rozmarzony:
- Ona nie, ale ja tak...

Wieczorem przy ognisku wszyscy odpoczywają po bitwie. Centaury rozpoczynają swój rytuał. MG opisuje:
- Centaury wyciągają wielkie faje…
Simeon uśmiecha się w zadumie:
- Jeśli na tej imprezie centaury wyciągają faje, czas szybko wyciągnąć psi smalec!
Keffar wpada w popłoch:
- CHOWAJCIE SŁONIE!!!

 Feste chciał dać upust swoim zdolnościom artystycznym. Jaki był jego wkład we wzbogacenie kultury centaurów? W ramach dialogu międzyrasowego… narysował węgielkiem na jednym z ich zadów kutasa. Tak było.

Keffar widzi, że Mabon dostała padaczki po wypaleniu ziół, które miały jej pomóc komunikować się z duchami. Próbuje pomóc koleżance. Montcort, prawdziwy przyjaciel, studzi zapały kolegi:
- Zostaw, nie przeszkadzaj jej duchowi, którego próbuje wyzionąć...


Mabon ma srogą jazdę po ziołach. Gracze opisują:
- Nagle przez obozowisko przebiega jakiś rozmazany kształt z gołym tyłkiem, krzycząc głosem Mabon: GONI MNIE KUBUŚ PUCHATEEEEEK!
-  Znajdujesz Mabon jak jara gibona z centaurami - Fox przejmuje rolę MG - i mówi: “Ja wam mówię, patriarchalno-imperialne państwo ludzi to narzędzie opresji mniejszości. To okowy, którymi cywilizacja białego człowieka skuła na spracowane ręce ludu. No pasaran, kurwie syny!” Ma beret z czerwoną gwiazdą. Che Mabon!
Montcort po chwili wzdycha:
- Wiecie co? Wzięliśmy Mabon w odwiedziny do centaurów, a ona najarała się z lokalsami, zarzygała kwadrat i zrobiła porutę!


Nasz MG wymyśla ciekawe nazwy różnych miejsc. Pech jednak chce, że gracze za każdym razem je sobie źle kojarzą. W jednym z nich ma się wkrótce rozegrać bitwa. Niestety wieś “Dziurno” na samo wspomnienie powoduje niekontrolowane wybuchy śmiechu, a rzeka Rohacz została potraktowana jeszcze gorzej.

- Zobaczycie, kiedyś powstaną o tym eposy! Oblężenie Dziurna i odsiecz nad Ruchaczem!


piątek, 16 czerwca 2017

Na skrzydłach Rocranon: klasyka literatury i daltonizm bojowy


MG: tsar
Postacie:
Błazen Feste (Mijau) - czarnoskóry młodzieniec z zamorskich krain, o pomalowanej bielidłem twarzy i lepkich rączkach. Lubi warzyć różne podejrzane mikstury i płatać figle (szczególnie Montcortowi).
Łowca Keffar zwany Twardzielem (Parasit) - dzielny, muskularny i waleczny Ostrojczyk (aka wiking). Niektórzy zwą go też Brunatnym, ale poza najbliższymi towarzyszami nikt nie wie, skąd wzięło się to mrożące krew w żyłach przezwisko...
Lord Montcort, sokolnik (smartf0x) - świeżo upieczony szlachcic, za plecami zwany pieszczotliwie przez towarzyszy "hrabianką". Dowódca części wojsk, które mają za zadanie bronić Sotham przed atakiem ryboludzi z głębin. Najnowszymi nabytkami podnoszącymi obronność miasta są dwa słonie, Maniek i Dolores, oraz maskotka oddziału - Sir Burgess, dzielny buldog.
Dziki łowca Nuadu (Żuk) - nieustraszony wojownik, który sieje grozę w sercach wrogów, gdy wyciąga swe dwa miecze. W lesie czuje się jak w domu. Lubi wiewiórki, szczególnie gdy nikt nie widzi...
Alchemik Simeon (Robson) - wielce mądry, a na dodatek lekko draśnięty zębem czasu uczony z zamiłowaniem do przeprowadzania eksperymentów z udziałem ognia i wybuchów.
Szamanka Mabon (MidMad) - wstydliwe, młode i niezwykle żarłoczne dziewczę z Paezurii, lubujące się w pląsaniu wśród drzew, oswajaniu zwierzątek i pieczonych kurczakach.



MG zrobił mapkę, szczególnie zwrócił uwagę kolor jej tła.
Mabon stwierdza, robiąc aluzję do jego przydomka, który zdobył w dość wstydliwych okolicznościach:
- Keffarowi się na tej mapie podoba, że wszystko jest w BRUNATNYM kolorze.
Montcort dodaje:
- POSRANE to jakieś.
- Będzie się dobrze maskował... - podsumowuje Nuadu.


 Drużyna spotyka pewnego skrybę, który zadaje bardzo niewygodne pytania. Montcort postanawia odstraszyć wścibskiego urzędnika:
- Młodzieńcze, przydasz nam się w oddziale wojskowym!
- Młodzieńcze! Ja mam 42 lata! - protestuje skryba.
Montcort macha ręką i hojnie dodaje lat jednemu z kolegów:
- A Keffar - ma 70 lat.
- ...z czego 90 w legionach! - precyzuje po trollersku MG.
Skryba patrzy z niedowierzaniem na całkiem młodo wyglądającego Keffara. Towarzysze spieszą z wyjaśnieniem:
- U Ostrojczyków jeden rok liczy się jak trzy, tak szaleją!


Urzędnik nie dał za wygraną i wrócił po jakimś czasie, razem ze wsparciem znaczniejszego lorda. Mabon postanawia zaproponować plan z zatruciem dla gości wina środkiem przeczyszczającym.
Mabon do Montcorta:
- Mam podać to przyprawione wino?
- Coś bardzo złego we mnie mówi mi, że tak - uśmiecha się Montcort.



Mabon bierze udział w sekcji zwłok przyjaciela. Nie może się powstrzymać przed  płaczem. Mistrz Simeon stara się zwrócić jej uwagę.
- Mabon, twoje łzy padają mi tu...
Montcort nuci znaną piosenkę z dawnych lat:
- Twoje łzy lecą mi na koszulę z napisem Simeon Alchemist!


Nuadu i Keffar stawiają czoła zmutowanym wrogom. Do pomieszczenia wpada potwór. Keffar deklaruje:
- Odwracam się i walę z całej siły!
- Ale jego czy Nuadu? - dopytuje się Simeon.
Montcort objaśnia towarzyszom:
- Keffar cierpi na tzw. daltonizm bojowy. Wali, kogo popadnie, nieważne czy wróg, czy przyjaciel.


Atak strasznie wyglądających istot trwa. Walki przenoszą się do domu jednego z mieszczan. Do środka wpadają i potwory, i wojownicy z naszej dzielnej drużyny oraz Feste. Właściciel domu stoi pośrodku izby i zalewa się łzami:
- Poootwooory w moim doooomuuuu…
Feste pociesza go:
- Spokojnie, ja tylko jestem czarny!


Gracze przypominają sobie, jak nazywał się pewien legendarny bohater, którego mityczne czyny mogą pomóc drużynie i dziś. Po sprawdzeniu notatek wiemy teraz z całą pewnością, że nosił on miano Roberta Dyleya, zwanego Deszczowym Dniem. Jednak kreatywność graczy nie zna granic:
- Jak on się nazywał? Deszczowy Krok?
- Nie, Burzowy Rozkrok!
W tym momencie MG uczynił wielki facepalm. Kompletnie nie wiemy, czemu.


Feste kolejny raz gdzieś zaginął. Drużyna trochę się martwi, Montcort boi się, że młodzieniec znowu nawywija jakieś figle, jak ten z kradzieżą artefaktu od pewnego lorda, ale Nuadu go pociesza:
- Wszystko jest w porządku. Nie było pożarów, tumultu, nikt nic nie ukradł, nikogo nie gonili…
- A czy pytaliście lorda Arnljorna, czy nic mu nie zginęło? - pyta się “troskliwie” MG z niewinną minką. Wszyscy łapią się za głowę, przeczuwając największe kłopoty.


Znajomość Mabon i Folkego jest coraz bliższa, coraz więcej też radości sprawia drużynie komentowanie tej zażyłości. Kiedy Mabon przed wyjściem na umówione spotkanie z mężczyzną postanawia powiadomić o tym Simeona, którego traktuje nieco jako swojego opiekuna, budzi to w drużynie zaciekawienie. Keffar jako pierwszy podejmuje temat:
- Idzie przed randką do naszego alchemika?
Montcort na to:
- Ani chybi chce jakieś dekokty.
- Mikstura dzień po? - podsumowuje Nuadu.

Mabon wyszła na romantyczny spacer z Folkem. Montcort się cieszy, pamiętając o żarłoczności koleżanki:
- Dobra nasza! Mabon nie ma, wykorzystajmy to! Simeon, wyciągaj najlepsze żarcie!


Emocjonalna rozmowa między Keffarem i Montcortem o tym, jak wiele wysiłku włożyła drużyna w obronę miasta Sotham. Montcort wspomina:
- ... i walczyliśmy! Ty! Simeon! Mabon!
Nuadu nieco chmurny z powodu pominięcia jego znaczącego wkładu w walki:
- O kolegach to się, kurwa, nie pamięta.


Feste okazuje się kręcić coś na boku i niebezpiecznie ma to coś wspólnego z jakimś wysoko urodzonym młodziakiem. Wszyscy odradzają mu kozaczenia i obawiają się tego, jakie może to mieć konsekwencje, najbardziej Lord Montcort.
- Jak mnie przez ciebie zmuszą do rezygnacji ze szlachectwa, to ci zrobię taką Chatę Wuja Toma, że przejdziesz do klasyki literatury na Argadach!


Paladyn Guiosa swoimi poczynaniami zasłużył na nieufność graniczącą z wrogością ze strony drużyny. Kolejne wieści, które docierają do uszu awanturników po raz kolejny podsycają tę niechęć, ale też pewną złośliwą satysfakcję. Montcort nie przebiera w słowach:
- Ten tępy chuj teraz zacznie wojnę z elfami i wtedy zrozumie, na czym polega przewaga guerilli nad oddziałami pancernymi w lesie!


Drużyna wspomina jedną z ostatnich walk, w której zrobiło się bardzo gorąco wobec przeważającej liczby przeciwników. Montcort stwierdza:
- Wygraliśmy ledwo, bo mieliśmy wąwóz z dobrymi prądami konwekcyjnymi, czyli Keffara i jego dwa topory!


Czas udać się w podróż. Montcort komenderuje:
- No to do roboty. Na słoń! Znaczy… tfu, na koń!

Montcort opisuje taktyki negocjacyjne swojego kolegi, widząc jak ten próbuje zdobyć informacje, płacąc monetą zwaną w tym świecie “kłem”:
- Kluczowy tekst Keffara: chcesz kła czy w kły?


Przed drużyną stoją ciężkie wybory. Różne wątki fabuły ciągną w różne strony i wydaje się, że niektórzy z graczy będą musieli pozostawić swoje obecne postaci na ich posterunku i zagrać kimś innym, aby dalej brać udział w wybranym przez resztę plocie. Montcort wyjaśnia:
- Nie ma sprawy. Zrobię sobie nową postać, ale taką, że nawet Feste mnie będzie nienawidził!
Mabon odpowiada niewinnie:
- Taką grasz teraz, może coś nowego?


Przy wielkiej mapie wojennej w komnacie miejskiego Arsenału stoją znaczniejsi wodzowie i radzą o możliwych scenariuszach rozwoju wojny. Montcort z ciekawością przygląda się rzeźbionym figurom, przedstawiającym stojące w polu oddziały.
- Jaką figurką jest nasz oddział?
- Taki wielki chuj! - rzuca od razu Simeon.
Montcort oburzony krzyczy:
- Ej!!!
- No co?! Taki wielki, że musisz go brać w obie ręce! - szczerzy się alchemik lubieżnie.


Drużyna wyrusza z powrotem w pole. Montcort proponuje, aby funkcję zwiadu objął Feste. Mabon oponuje:
- Czy ty zwariowałeś? A jak trafi go jakaś zabłąkana strzała?!
Montcort, znany ze swej wątpliwej celności, uspokaja koleżankę:
- Ej! Przecież nie będę do niego strzelał!


Sesja się przedłuża, robi się późno, a za niektórymi z nas ciężki tydzień, wyjazdy służbowe i zarwane noce. Nagle do uszu graczy dobiega miarowy odgłos.
- Kto tak chrapie?!
- To Parasit - odpowiada Fox - przeszedł w tryb postojowy.


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Macki Made in China, czyli bierzemy na warsztat Age of Cthulhu 1: Death in Luxor (część 2)

MG: tsar
Dramatis personae:
Max Adrien (smartfox) - były bokser, kiepski zawodnik, ale obecnie całkiem zdolny prywatny detektyw. Lat 28.
Malcolm Brunheim III (Robson) - profesor Uniwersytetu Chicagowskiego, archeolog. Duże mniemanie o własnej osobie. Lat 44.
Danielle Forrester (MidMad) - była studentka, obecnie pracownica naukowa Uniwersytetu Chicagowskiego. Przebojowa, pełna życia osóbka. Lat 26.
Arnold Hayes (Żuk) - najemnik. Człowiek, który świat poznawał przez pryzmat wojen, w których brał udział. Lat 29.



A oto druga - i ostatnia - część wiekopomnych kwiatków ze świetnej przygody Age of Cthulhu 1: Death in Luxor od Goodman Games na mechanice CoC 7.0. Część pierwsza - tutaj.




Kilka migawek z mrożących krew w żyłach wydarzeń...


Panna Danielle Forester (prywatnie osóbka o dość luźnym podejściu do praworządności) wypowiada niewinnym głosikiem ważką opinię:
- Kobiety nie popełniają przestępstw, są do tego fizycznie niezdolne, czytałam artykuł naukowy na ten temat, były badania…
- Tak - odpowiada w zadumie Max - a pani wczoraj głowę Arabowi odstrzeliła…
Profesor Brunheim broni swojej asystentki:
- Ależ to był błąd pomiaru!
- Panie profesorze! -  oburza się Max - jak pan może! Żeby tak od razu nazywać Danielle błędem pomiaru?!


Fakt pozostaje faktem. Wywiązała się strzelanina, w której Danielle zastrzeliła pewnego Egipcjanina. Jej towarzysze są zaskoczeni jej podejrzanie dobrymi umiejętnościami strzeleckimi. Arnold Hayes pyta z troską:
- Czy pani czuje się dobrze?
Danielle robi dobrą minę do złej gry:
-  Tak, a czemu pan pyta?
Max Adrian łapie się za głowę:
- Jak słowo daję, psychopatka!

Daniell postawiła sobie za cel odnalezienie dzieci bogatego profesora Bollachera, który oszałał i odebrał sobie życie. Arnold, jego daleki krewny, zaczyna kombinować:
- Zaraz… który jestem w kolejce do dziedziczenia po wuju? Może mi się nie opłaca szukać gówniarzy?
Danielle odpowiada triumfalnie:
- Ha! A to mnie miałeś za psychopatkę, Max!
Max zmieszał się nieco:
- No tak! On jest po prostu pragmatykiem!

Gracze szukają informacji dotyczących map starożytnego Egiptu na Internecie i wymieniają się uwagami na ten temat. MG stwierdza z przekąsem:
- Ech, siedzą na wykopaliskach i grzebią w ajfonach.
- Chyba ty! Ja mam Hujawie.
- A ja Szajsunga - zwierzają się gracze.

Wieczorem po mrożących krew w żyłach wydarzeniach, drużyna wraca do hotelu. Panna Forrester, mocno wstrząśnięta, szybko się upija. Panowie w międzyczasie planują iść na nocną eskapadę. Pech chciał, że Danielle usłyszała o tym planie i od razu nabiera animuszu - ani myśli puszczać kolegów samych, przecież na pewno się przyda! Mamrocze przy tym po pijacku i ma problemy z zachowaniem równowagi. Wychodzi z pokoju po kolejną dolewkę. Max z zatroskaną miną szybko referuje problem Arnoldowi:
- Panna Danielle chce iść z nami. Jeśli chcesz ją odwieść od tego pomysłu, jest na korytarzu.
Jakby na potwierdzenie tych słów, w tle słychać głośny rumor oraz donośne “HIK!” z korytarza. Panowie łapią się za głowę.


W końcu udaje się spacyfikować koleżankę. Panna Daniele, kompletnie zawiana, znienacka zasypia. Czyżby bez niczyjej pomocy?
- Nie ogłuszyłeś jej? - dziwi się Arnold, pytając podejrzanie wyglądającego Maxa.
- Dżentelmeni nie rozmawiają o takich sprawach.


Drużyna znajduje na wykopaliskach dziwne ślady przypominające płetwy. Wszyscy się wymądrzają:
- To pelikany!
- Abo te ptaki znad Nilu, sekretarze!
- Co wy tam wiecie. Przecież to oczywiste, to pingwiny!

MG zmienia planszę na roll20. Oczom graczy ukazuje się…
- AHA! - wykrzykuje triumfalnie Robson - Mapa taktyczna!
W tej samej sekundzie, nie czekając na ustawienie planszy do końca, pada deklaracja Maxa:
-  BIORĘ DO RĘKI PISTOLET!

Drużyna weszła do staroegipskiej krypty i wchodzi na jej kolejny poziom po dość stromych schodach. Danielle troskliwie dba o zdrowie starszego pana profesora:
-  Sprawdzam, czy pan profesor nie zasapał się na schodach.
Nie czekając na opis, odpowiada jej Max, pamiętając, że dziewczyna weszła do krypty w spódniczce:
- Nie, on po prostu idzie za tobą i ciężko oddycha.

Drużyna idzie dalej po schodach. Do uszu profesora Brunheima dobiega jakiś dziwny odgłos:
- Słyszę niepokojące dźwięki…
Danielle zaraz tłumaczy:
- Ależ nie, panie profesorze, to ja słyszę ciężki oddech za plecami!

Dzielni śmiałkowie znajdują w ogromnej krypcie niezliczone sarkofagi z dziwnymi inskrypcjami. Robi się niewesoło, gdy okazuje się, że wieka kilku z nich są odsunięte, a wnętrza - puste. Profesor Brunheim zwraca się do Maxa:
- Myśli pan, że zmarli nas zaatakują?
- Nieeeee…. - odpowiada dziwnie nieprzekonywująco Max -  To przecież niemożliwe…

Oczywiście kilka sekund później atakują nas przerażające istoty z sarkofagów. Drużyna wpada w panikę, errrmm… znaczy się: robi taktyczny odwrót. Max próbuje uspokajać towarzyszy:
- Pamiętajcie, przecież to Zew Cthulhu. Tu się tylko ucieka!

Dzielnych (no dobra, nie bardzo) śmiałków gonią oślizgłe potwory. Jest strasznie. Postacie uciekają, ile sił w nogach. Jedyną droga ucieczki z krypty jest bardzo ciasna rura, przez którą udaje się wszystkim przeleźć, nawet panu profesorowi, który niemal się zaklinował. Uwalnia się w ostatniej chwili i kopie butem w twarz nadchodzącego potwora, który prawie go schwycił. Potwór się wścieka - rozumie, że zdobycz mu umknęła. Max krzyczy triumfalnie na całe gardło:
- CTHULHU PEDAŁ!!!

Danielle sprawdza, czy pan profesor nie odniósł poważniejszych obrażeń. Widzi, że nie ma już przy sobie sztucera, z którego oddał wiele celnych strzałów do potworów. Okazuje się, że z bronią nie przecisnąłby się przez szczelinę, a w ostatniej chwili użył jej do oddania kilku strzałów, zanim wziął nogi za pas. Dziewczyna przeraża się:
- Ależ panie profesorze! Gdzie sztucer?!
Max ruga koleżankę:
- A jak go miał wziąć ze sobą? Przecież musiałby go połknąć!
Następuje kilka minut zupełnie niczym nieuzasadnionej głupawki, gdy gracze sobie to wizualizują.


Danielle w końcu zaprasza pana porucznika egipskiej policji o nazwisku Khneberi do towarzyszenia drużynie w podróży do Doliny Królów, choć wiadomo, że wścibski policjant sporo będzie utrudniał. Max, zdenerwowany, wybucha. Niestety ma problem z doborem słów:
- Jak ja cię nienawidzę, ty… ty… ty sekretarko z bożej łaski!


Drzwi do grobowca w Dolinie Królów oblepione są obrzydliwą, wylewającą się skądś posoką. Widniejąca na grobowcu inskrypcja grozi tym, którzy odpieczętują to święte miejsce, gdyż mają wtedy poznać gniew faraona. Max patrzy na posokę i stwierdza:
- Oho, gniew faraona już przecieka!


Grobowiec okazuje się być więzieniem mrocznych, przedwiecznych istot, które próbują się uwolnić z okowów. Profesor Brunheim stwierdza nagle:
- Cthulhu Prison Break!


Aby pokonać przerażającego, mackowatego potwora, drużyna musi zadać mu rany specjalnymi rytualnymi kołkami z drzewa korabowego. Max trafia macki swoim kołkiem za każdym razem, bezbłędnie, zadając maksymalną możliwą liczbę obrażeń. Potwór zwija się z bólu. Max, na codzień z zamiłowaniem czytający powieści groszowe do poduchy, w szale bitewnym, z kołkiem w ręce, krzyczy z dumą:
- Moim dziadkiem był Van Helsing!!!


Profesor Brunheim okazał się strzelcem wyborowym, niemal każdy jego strzał był niezwykle celny i uratował reszcie postaci życie. Po zakończeniu przygody MG pyta, co stało się z postaciami po wydarzeniach w Luksorze. Robson stwierdza bez namysłu:
- Profesor Brunheim w 1939 roku rzuca pracę na uczelni i zaciąga się do wojska jako snajper!


THE END! :)