piątek, 28 października 2016

Immobilizer, trzy muszelki i fiku-miku...

… czyli dalsze zmagania dzielnej drużyny w kosmosie.

MG: tsar
Denver (Żuk) - lekarz, prawdziwy pasjonat swojej pracy, poważny człowiek i zasadniczy obywatel, nieco aspołeczny, ale hej! Kto jest ideałem?
Marv (Ungrim) - inżynier, mechanik, biznesmen (alkohol i narkotyki, wytwarzanie i sprzedaż detaliczna).
Rossarian (smartfox) - oficer bezpieki, menda ale wszystkich o tym uczciwie uprzedza.
Tanya (MidMad) - belterka, górnik, mutantka, żołnierz, pilot mimo woli, żadnej pracy się nie boi.
Tyrvid (Parasit) - odprasowany w kantkę oficer floty, arystokrata posiadający własnego ordynansa-robota, nawigator extraordinaire. Wad nie stwierdzono.


Na samym początku kolejnej sesji w świecie Obietnicy jak zwykle błyskotliwy Marv wymyśla hasło reklamowe dla naszego krwiożerczego doktora: „Denver Naoomi Apachee - Malowanie krwią, wyrób kaszanek”. Chwytliwe, prawda?

Po wylądowaniu na zamieszkałym przez obcą cywilizację księżycu Mot naprzeciw wahadłowca bohaterów wychodzi komitet powitalny autochtonów. Przybysze opuszczają swój środek transportu, kłócąc się, czy zostawić kogoś w środku. W końcu staje na tym, że wychodzą wszyscy, ku niezadowoleniu oficera floty.
- Zobaczysz! - denerwuje się Tyrvid - Jak zastaniemy po powrocie wahadłowiec na cegłach, to będzie twoja wina!
- Oj tam... - stwierdza Marv ze stoickim spokojem - Włączy się alarm, immobilizer i idziemy!
- A jak nam zwiną kołpaki, to kto je potem odkupi?


Doktor Denver po raz pierwszy spotyka obcą rasę Synthii, jest więc nią zafascynowany z biologicznego punktu widzenia. Z uwagą obserwuje obcych i ich ciała, sposób poruszania, to w jaki sposób kształtuje im się muskulatura, robiąc notatki… Rosarian to spostrzega i szepcze do doktora z przestrachem:
- Nie, nie kroimy obcych!


Spotkanie z ludem Synthii, a dokładniej przedstawicielami kasty Twórców, jak do tej pory zawsze odbywa się w atmosferze serdeczności i wzajemnego szacunku. Strony wymieniają się prezentami. Traf chciał, że Marv wręcza gospodarzom butelkę swojego najlepszego samogonu, przy mocnym sprzeciwie Rossariana. O dziwo alkohol wydaje się smakować miejscowym i chętnie wyciągają kubki do ponownego napełnienia.
Rossarian zdziwiony ale i zniesmaczony rzuca:
- Noooo! To wracamy po perkal i paciorki, bo wodę ognistą już im sprzedaliśmy.
- Nie! - oburza się Tyrvid. - Teraz czas na koce!


Zadanie drużyny polega na prowadzeniu negocjacji, warto więc żeby zajmował się nimi ktoś o odpowiednio wysokich umiejętnościach (manczkin alert!), takich jak dyplomacja. Niestety nikt się nie chce przyznać do posiadania odpowiednich cech na karcie postaci, więc obowiązek rozmów z przedstawicielami Synthii pada na niezbyt z tego zadowolonego Rossariana. Rozmowy dyplomatyczne nie idą najlepiej. Ktoś litościwie sugeruje, żeby Tyrvid sprawdził porządnie swoją kartę postaci. Tyrvid ze zdziwieniem odkrywa, że sugestie innych graczy, iż jego postać jest zdolnym dyplomatą są prawdziwe i mają pokrycie w statystykach na karcie postaci.
- To sam nie wiesz jaką masz postać?! - oburza się Mid.
- No bo ja inaczej robiłem tę postać. - wyjaśnia Parasit - I to się mi tu samo o tak podniosło...
Smartfox umęczony odgrywaniem Rossariana-bida-dyplomaty odpala ciętą ripostę:
- Jedyne, co mi się podnosi jak to słyszę, jest… moje ciśnienie!


Tyrvid bierze się do pracy i postanawia zasugerować obcym, że pewien ich czyn może się nie spodobać naszym władzom. Zastanawia się, jak ubrać to w słowa. Z pomocą (wcale nie złośliwą) przychodzi MG, podpowiadając:
- Jestem żołnierzem. Ale jak ja stąd pojadę z pustymi rękami, wkrótce przyjadą kolejni…


Lud Synthii za tabu uważa życie na księżycu Mot, starając się nie ingerować w żaden sposób we florę i faunę poza swoimi miastami. Marv tymczasem jest ogromnie zawiedziony, gdyż nie dostał od ludu Synthii spodziewanego poczęstunku, który stanowił jego przysmak. Postanawia więc oddać się pasywnej agresywności i mamrocze, paląc papierosa:
- Ciekawe co by było, gdybym wyrzucił kiepa do dżungli…
Rossarian w tej chwili ma kolejny przebłysk swojej „życzliwości” w kierunku Tanyi, nadal nie dając jej zapomnieć o pewnym wstydliwym incydencie. Wypomina jej, że niegdyś na tym księżycu stoczyła przegrany pojedynek z gigantycznym wężem i w walce tej straciła towarzysza, którego stwór pożarł.

- To ja już rozumiem, czemu Tanyi tak bardzo nie poszło z wężem! Ona działała zgodnie z zasadami Synthii i chciała go ochronić! W sumie można by jako przewagę w rokowaniach z Synthii wykorzystać tą walkę! W sumie w ogóle go nie tknęła!
- To prawda! - dorzuca Marv. - Nawet nakarmiła go swoim towarzyszem!

Tanya denerwuje się na Rossariana i rysuje kolejne mentalne kreski przy jego imieniu, w myślach ostrząc nóż typu Rambo. Marv stwierdza:
- Te kreski wyglądają tak, o. - I rysuje szubienicę. Z kresek. Tanya się rozpromienia.


Używając do gry systemu Roll20.net, Rossarian postanawia „szepnąć coś do ucha” Marvowi. Niestety missclick powoduje, że rzuca kością. Wynik wynosi 8. Marv śmieje się z przyjaciela:
- No to ja mu odpowiadam szepcząc: 9!

Drużyna sprzecza się o sposób prowadzenia negocjacji z ludem Synthii. Doktor proponuje:
- A może po prostu powiedzieć im prawdę?
- Prawdę?! - oburza się Rossarian - Jaką ty prawdę chcesz im powiedzieć?!
- Właśnie! - dodaje Marv - Bo mamy ich kilka.


Kolejna scena, w której drużyna działa niekoniecznie zgodnie z intencjami totalitarnych władz. Tanya, wiedząc kto w drużynie jest kapusiem, przygląda się Rossarianowi:
- Chcę zobaczyć, czy Rossarian to wszystko notuje mentalnie.
Tyrvid rozwiewa jej złudzenia:
- Rossarian nie notuje, ma 4 mikrofony w dupie!
- Aa jak znowu coś dostanie się do przełożonych - grozi Marv - to w dupie będzie miał i piąty…o taki:


Rozmowa z Adonem Baaloo, wysłannikiem kasty Cenzorów ludu Synthii, nie jest pozbawiona kurtuazji. Obcy stara się mówić językiem ludzi, choć nie jest jeszcze w nim w pełni biegły. Rossarian podejmuje się wytłumaczenia statusu prowadzonej przez niego misji:
- ...no i właśnie jesteśmy tu po części nieoficjalnie...
- Co znaczy słowo „nieoficjalnie”? - dopytuje się Adon.
- Nie wszystkie nasze władze wiedzą - wyjaśnia Rossarian - że tu jesteśmy... i takie tam fiku-miku... nie, proszę, nie pytaj, co znaczy fiku-miku!


Adon nadal ma problem z niektórymi słowami. Tym razem w długim wywodzie Rossariana nie zrozumiał słowa „czynnik”. Usłużny doktor Denver spieszy z pomocą, wyrzucając z siebie beznamiętnym głosem sentencję z szybkością karabinu maszynowego.
- Czynnik. Coś, co wpływa na jakąś sytuację. Przyczyna wywołująca określone zjawisko lub skutek.
Po tych słowach zapada grobowa cisza.

W eleganckim apartamencie bohaterowie podejmują mieszkańca planety o imieniu M'Vorte, z którym już wcześniej wiązały ich pewne układy. Gracze orientują się, że pomieszczenie jest na podsłuchu. Marv postanawia sprawdzić, gdzie zamontowano podsłuch. W tym czasie Tanya nie posiadająca za grosz umiejętności społecznych usiłuje rozmawiać z M’Vortem, nudząc go strasznie. Obcy umiera z nudów i niemal wykrzykuje z radością, gdy do stolika wracają Marv z Rossarianem. Ten drugi podsumowuje:
- Tanya to doświadczona pani psychoterapeutka... specjalność: taktyka małych oddziałów.

Ponieważ próba unieszkodliwienia podsłuchu Marvowi się nie powiodła, postanowił zaprosić gościa do łazienki, gdzie szum wody skutecznie zagłuszyłby ich rozmowę. Aby ukryć swój motyw, tłumaczy że nie potrafi rozeznać się w lokalnych urządzeniach sanitarnych i prosi o pomoc. M'Vorte pełen dobrej woli wchodzi nic nie podejrzewając do łazienki i zaczyna tłumaczyć:
- A te trzy muszelki służą do...

Bohaterowie postanawiają zagrać z M'Vortem w otwarte karty i wyjaśnić mu zagrożenie, jakie czyha na jego lud. Marv zaczyna tłumaczyć powagę sytuacji, a za głowę łapie się Rossarian:
- Przecież on to zaraz wszystko powie swoim!
- Tak! - A ty powiesz swoim! - reaguje Tanya, nie mogąca wciąż wybaczyć, że Rossarian kapował na towarzyszy z wyprawy w niedalekiej przeszłości.

M’Vorte się tłumaczy, że przez działania drużyny podczas poprzedniej wizyty na tym księżycu spadł 30 poziomów w hierarchii społecznej, a teraz kroi się powtórka z rozrywki. Gracze nie wykazują ani grama empatii:
- Teraz to on będzie dżunglę zamiatał z kiepów!
- Albo zostanie windziarzem…

Drużyna odwiedza uwięzionych przed lud Synthii pobratymców, którzy w misji dyplomatycznej przebywali na księżycu Mot. Wszyscy podejrzani są o dokonanie morderstwa. W trakcie czytania listy więźniów okazuje się, że najemnik-zabijaka podał się za technika przy ambasadzie. Drużyna przechodzi wzdłuż cel, widząc m.in. atletyczną, umięśnioną kobietę, wyciskającą pompki w celi:
- W takim razie ona na pewno jest sekretarką! - rzuca Rossarian.

Doktor niezbyt dobrze włada językiem Synthii. Rossarian mu wyjaśnia, żeby lepiej nie próbował wdawać się w rozmowy z lokalsami:
- Mówisz coś w języku Synthii, chcesz powiedzieć „Proszę mnie zaprowadzić na miejsce zbrodni”, a wychodzi „Chuj ci w dupę!”
- Nie rozumiem twojej analnej sugestii! - rzuca doktor głosem wypranym z wszelkich uczuć.

Tyrvid, którego nie było na poprzedniej sesji, musi szybko nadrabiać zaległości i trochę odstaje od reszty drużyny, kręcąc nieco nosem na podejmowane przez nich decyzje.
- Sam nie wiem, mogłem się więcej odzywać, ale to może wszystko wina tego, że jestem dziś jakiś taki nie w sosie.
MG podsumowuje gracza:
- Ty już drugą z kolei sesję jesteś jakiś nie w sosie.

Po sesji przyszedł czas na rozwój postaci. Tanya pyta:
- Czy mogę sobie kupić nową umiejętność?
- Po twojej przygodzie z wężem? - rzuca Rossarian - Strzelanie sobie kup!
- Chyba ze specjalizacją „w Rossariana” - rzuca zimno Tanya.

Na drugi dzień po sesji dwie anonimowe graczki rozmawiają ze sobą. Niestety autokorekta postanawia stworzyć kolejny kwiatek:
- Jak udała się sesja?

- Było fajnie, porno skończyliśmy! … Znaczy. Późno. Tak! Późno!

piątek, 14 października 2016

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego śmiechu

Po dość długiej przerwie wróciliśmy do naszego kosmicznego RPG - Obietnica.

W przygodach biorą udział:
MG: tsar
Denver (Żuk) - lekarz, prawdziwy pasjonat swojej pracy, poważny człowiek i zasadniczy obywatel, nieco aspołeczny, ale hej! Kto jest ideałem?
Marv (Ungrim) - inżynier, mechanik, biznesmen (alkohol i narkotyki, wytwarzanie i sprzedaż detaliczna).
Rossarian (smartfox) - oficer bezpieki, menda ale wszystkich o tym uczciwie uprzedza.
Tanya (MidMad) - belterka, górnik, mutantka, żołnierz, pilot mimo woli, żadnej pracy się nie boi.


A oto kilka kwiatków z naszej pierwszej rabatki:


Socjalistyczny statek kolonizacyjny w kosmosie. Po udanej misji w nagrodę dowództwo długo i ostro nas przesłuchiwało, a potem zamknęli nas w malutkich celach. Marv, bywalec ciasnych przestrzeni w statkach kosmicznych z lubością trollujący ustrój polityczny, stwierdza z zimną krwią:
- Po 3 miesiacach w celi zglaszam skargę, że jest za duża.


Minęło długich siedem miesięcy od wydarzeń z pierwszej części kampanii. Na jaw wyszły pewne nieprzyjemne fakty, jak na przykład regularne raporty niejakiego Rossariana adresowane do bezpieki, które spowodowały przykre godziny przesłuchań przez służbę bezpieczeństwa. Po miesiącach niewidzenia się, do spotkania graczy dochodzi w górniczej kantynie na asteroidzie Esperi. Rossarian idzie ku stolikowi, który zajmują jego dawni towarzysze. Marv widzi zbliżającego się „kolegę” i stwierdza:
- Ja na powitanie ściągam spodnie i wypinam do niego tyłek, żeby mu nie utrudniać.
- No coś ty! Marv! - odpowiada szczerze zaskoczony Rossarian. - Przecież ja bym was nigdy nie zakapował!


Tanya jest szczególnie zainteresowana apteczką doktora Denvera i stara się przy każdej okazji wydębić od niego jakieś środki „na poprawę nastroju”.
- … no i cieknie mi z nosa ciągle, to może bym wciągnęła coś na to?
Denver poważnie zasępił się nad zdrowiem pacjentki:
- Może bym zamontował ci jakiś filtr?
- Filtr?! - krzyczy zrozpaczona Tanya.
- Mógłbym ci wstawić jakąś błonę.
- Znów będziesz miała błonę. - stwierdza Marv.
- W nosię mam taką błonę! - odpala Tanya.


Rossarian wstawiony niemal do nieprzytomności bimbrem pędzonym przez Marva, wraca do swojej kwatery. Przed włazem do kabiny podbiega do niego jeden z niskich rangą policjantów i chaotycznie informuje, że czeka na niego połączenie ze statku macierzystego. Rossarian, trzymając się framugi, żeby nie upaść, ruga funkcjonariusza.
- To czemu od razu mi o tym nie doniesiono?! - krzyczy Rossarian.
- No ale ja właśnie od razu… - zaczyna policjant.
- Za wolno!
- Ale...
- Zejdź mi z oczu natychmiast, bo czuć od ciebie alkohol!


Rozmowa telefoniczna z pułkownikiem Longanem, szychą w Służbach Bezpieczeństwa, przybiera niebezpieczne tony.
- Ale co się stanie jeśli nie uda nam się wykonać tej niebezpiecznej misji? - zastanawia się na głos Rossarian.
- Niestety nie będę w stanie wam pomóc. - mówi Longan.
- Może skończyć się tak, że do końca życia będę łupał lód gdzieś w pasie asteroidów.
- Jeśli do tego dojdzie, będziemy łupać go razem. - stwierdza z kamiennym spokojem Longan.
- Zawsze chciałem pana pułkownika lepiej poznać… - odpowiada Rossarian żarliwie.


Rossarian kontaktuje się ze swoimi znajomymi, aby zatrudnić ich do swojej ryzykownej misji. Tak się składa, że komunikator Tanyi znajduje się w jej samobieżnym dronie naprawczym. Rossarian już sobie to wyobraża:
- Przychodzi do niej dron i mówi: „Pomóż mi, Tanyo Maru…”
Marv dodaje:
- Help me Tanya Maru, you are my only hope.


Tanya, jak każdy prawdziwy żołnierz, każdą wolną chwilę spędza na ćwiczeniach. Kiedy dron Tanyi zbliża się do niej w sypialniach górników, z głośników słychać głośne sapania oddzielone odliczaniem.
Tanya - 98! 99! 100!
Marv w zamyśleniu:
- Nawet nie wiedziałem, że my tu mamy tylu górników...


W warsztacie Marva Rossarian wykłada sprawę tajemniczej misji do wykonania. A jest ona iście samobójcza. W końcu pada sakramentalne pytanie.
- To jak? Wchodzicie w to?
- Daj mi się chwilę zastanowić - mówi Marv. Po chwili słychać odgłos odkorkowywanej butelki. - Jadę!


Kumotrzy wpadają na pomysł, że dobrym pomysłem byłoby wziąć ze sobą doktora Denvera. Rossarian dzwoni do niego na videotelefon i zastaje go z zakrwawioną maską ochronną na twarzy, w zakrwawionym kitlu i z narzędziem do cięęcia kości w urękawiczonej dłoni. Doktor nie rozumie, dlaczego ma stawić się u Rossariana, ten tłumaczy mu, ale najwyraźniej nie może otrząsnąć się z widoku z ekranu.
- No więc doktorze Mengele... eeee przepraszam. Doktorze Denver. Sprawa jest nie cierpiąca zwłoki. Znaczy przepraszam, nie chciałem powiedzieć zwłoki. No więc... kroi się dobra zabawa. Rozumie pan, co mam na myśli, mówiąc "kroi"?
Denver, jak zwykle zasadniczy, uściśla:
- A to ma związek z moją pracą?
- No w sumie... może być rzeźnia. - precyzuje Rossarian.
- A to zaraz będę. - odpowiada nadal zasadniczo Denver i od razu się rozłącza.


Denver wysłuchał całej historii i tym razem nie rozumie, dlaczego ma brać udział w ratowaniu aurorańskich dyplomatów. Pozostali członkowie ekipy starają się pokazać mu bardziej oczywiste aspekty zadania. Marv wie, jak zachęcić lekarza:
- Ja na przykład po ostatnim takim ratowaniu miałem siedemnaście szwów na plecach.
- A to w takim razie jadę - rzuca od razu Denver. - Mogę zerknąć na te szwy i coś poprawić, jeśli pan chce?


Tanya miała w poprzednim sezonie bliskie spotkania z wielkim wężem, który zeżarł pewnego ważnego NPC, a którego nie zdołała zabić. Koledzy wciąż nie dają jej o tym zapomnieć. Przylatujemy na górniczą asteroidę, która w środku ma duży, przypominający jaskinię otwór:
- Tam na pewno jest kosmiczny czerw! - mówi Tanya.
- A czerw to prawie jak wąż, prawda? - rzuca niewinnie Douglas.
Tanya gniewnie marszczy brwi, ale udaje się jej opanować.


MG opisuje ciężki żywot lekarza:
- Doktor nie ma lekkiej pracy, na asteroidzie góniczej jest dużo różnych urazów…
- Na przykłąd urwana ręka… - dorzuca Marv.
- Najciekawszy przypadek - zdradza Rossarian patrząc wymownie na coraz bardziej wściekłą Tanyę - to uraz do węży!


Rossarian wypomina po raz kolejny jedną z porażek Tanyi, której krótki lont jest już na dopaleniu i nagle dziewczyna wybucha. Rzuca się do tajniaka z rękami, zaczynają się przepychać. Z tyłu zakrada się adiutant Rossariana, niejaki Wowka, z wysoko uniesionym w powietrze krzesłem, gotowy do zadania dziewczynie ciosu. Nagle między nich wskakuje Marv, trąbiąc jakąś ciśnieniową syreną. Wszyscy nagle zatrzymują się, a wściekły Marv wrzeszczy:
- Kurwa! Ludzie! Tu jest maszynownia! Ja tu narkotyki mam!


Doktor Denver ma wiele androgynicznych cech. Rossarian jak zwykle stwierdza filozoficznie, w dodatku wykazując się poetyckim zacięciem:
- Androgyniczny z urody na asteroidzie pełnej górników? W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku!


Tanya lubi przychodzić do lekarza po morfinę i inne środki odurzające. Doktor jest (niestety) służbistą i zawsze bada pacjentów przed wypisaniem recepty.
- Uważaj na Tanyę, ma węża w kieszeni! - ostrzega Rossarian.
- Proszę się rozebrać - mówi zasadniczo dr Denver do Tanyi.
- No przecież się nie wstydzisz - rzuca Rossarian do Tanyi - przed kobietą…
- W sumie… czego się wstydzić między nami dziewczynami. - daje się przekonać Tanya.


Rossarian nie może się powstrzymać, widząc doktora:
- O, dr Denver. Idę się z nią przywitać. Najpiękniejsza dziewczyna na statku! Wybacz, Tanya.


Rossarian tworzy skomplikowany plan, w jaki mógłby porwać wahadłowiec Skiron, jedyną maszynę latającą na całej asteroidzie Esperi. W planie uwzględnione są rozkazy lotu testowego oraz lewe zaświadczenia lekarskie. Rossarian rzuca do Denvera:
- A może nam pan trzepnąć L4?
Marv tymczasem już zdrowo wstawiony z figlarnym uśmiechem na twarzy:
- Ja nie mam L4, ale mam C4.


Rossarian dalej tłumaczy konieczność sfałszowania zaświadczeń lekarskich:
- Takie musi być zalecenie lekarskie, że ma lęk przed ciasnymi pomieszczeniami, żeby go wpuścili do mniejszego hangaru portu! Proszę napisać, że nie może mieć styczności z mazutem, to nie zamkną go w wielkim hangarze.
- Nie no! - protestuje Marv. - Jeśli muszę już coś mieć napisane to wolałbym trypra! Bo mnie potem w ogóle do maszynowni nie wpuszczą!
- Dobrze - dodaje Rossarian ugodowo. - Proszę mu dodatkowo dopisać trypra!


Tanya jest mutantką i u każdej z dłoni ma po trzy palce. Jej robot ma za to trzy manipulatory. Rossarian patrzy na nich i postanawia zaszpanować swoimi zdolnościami matematycznymi:
- Patrzcie, razem mają prawie tyle palców, co jeden człowiek!


Wahadłowiec zbliża się do księżyca docelowego podróży. Marv przy radiu podaje powód prośby o lądowanie:
- No... więc... musimy wylądować... bo mamy uszkodzony silnik!
- Nieeee - załamuje się Rossarian. - Chcesz blefować, że mamy uszkodzony silnik?
Marv, mrugając do Rossariana i wskazując na ciężki klucz francuski:
- Niekoniecznie to blef. Wystarczy, ze dasz mi chwilę z tym w maszynowni.


Marv usiłuje w lokalnym języku tłumaczyć, dlaczego koniecznie musimy właśnie teraz wylądować na księżycu Mot. Niestety początkowo są pewne problemy z przekonaniem kontroli lotów ludu Synthii zamieszkującego księżyc. Po kilku wymianach zdań Marv rzuca:
- Boring conversation anyway...
...po czym postanawia rzucić na umiejętności językowe i przemówić w lokalnej mowie. Rzut udaje mu się śpiewająco:
- Powody naszego lądowania deklamuję wierszem, trzynastozgłoskowcem w języku Synthii.
Niestety wiersz nie zachował się dla potomności ;)

P.S. Specjalne podziękowania dla tsara, który spisał większość kwiatków.

piątek, 7 października 2016

Rogate macki wikingów


Dziś w menu dwa dania: ciąg dalszy radosnych przygód słabo ogarniętych pogromc… tfu, przekąsek Cthulhu oraz przygody dzielnego rodu wikingów na Islandii (Sagas of the Icelanders).


MG: Smartfox
Postacie:
Mijau - Guillermo González, meksykański deratyzator, nielegalny imigrant
Parasit - Derek Arslan, radiowiec o arabskich korzeniach
Robson - Edward Paxton, świetny haker, przedstawiciel anglosaskiej większości etnicznej
Tsar - James "Grouse" Murdoch, dziennikarz i miłośnik sportów ekstremalnych pochodzenia anglosaskiego
Żuk - Maxymilian Clearwater, były żołnierz po przejściach, również o korzeniach anglosaskich
MidMad - Catherine Jones, afroamerykańska agentka FBI


Zaraz przed sesją, w trosce o dobre nastawienie do czekającej nas przeprawy z wrogiem, ktoś wkleił taki oto, zupełnie niewinny, link:
Przed MG stanęło nie lada wyzwanie: i jak tu teraz stworzyc klimat zagrozenia i zaszczucia? Jednak udało mu się i wkrótce postacie graczy zostały wciągnięte w wartką akcję w parku. W pewnej chwili wszyscy musieli gdzieś pobiec. Jeden z kolegów nie mógł sobie podarować:
- Chłopaki! Czekajcie na mnie! Jądro mi w ławce utkwiło! - w tej chwili wiedzieliśmy już, co stanie się tematem przewodnim sesji...
Nasz MG ceni sobie pozytywistyczną pracę u podstaw i dba o naszą znajomość literatury przy jednoczesnym nieskrępowanym ataku bydła:
- Wchodzicie na wyspę…- zaczyna się opis, gdy drużyna pod osłoną mroku udaje się do siedziby wroga.
- Gdzie jesteśmy?
- To jądro ciemności…- kwituje z niewinna minką MG.


Dzielny Max atakuje dwóch wrogów naraz. Koledzy sypią dobrymi radami jak z rękawa:
- Atakuję go taserem... - zaczyna Max.
- W jaja!
- I krzesłem go, krzesłem!
Max szybko poradził sobie z wrogami. MG opisuje:
- Max bierze do ręki broń automatyczną, pewnym ruchem ją przeładowuje…
- Tak, to pamięć mięśniowa… - dorzuca Żuk grający Maxa, byłego żołnierza armii amerykańskiej.
-  Właśnie. Sprawdzasz magazynki, płynnym ruchem pakujesz po kulce w tył głowy każdego z nich, pamięć mięśniowa, zupełnie tak, jak w Iraku…- kontynuuje beznamiętnie MG.
- Dopóki korespondenci CNN nie widzą, jest OK! - podsumowuje Max.
MG buduje klimat. Opisuje, że idzie na nas dziwny, niepokojący stwór: mięsisty, odnóża, macki, narośla…
- MIĘSNY JEŻ! - wykrzykuje radośnie Parasit.
Zastanawiamy się, jak by tu wtargnąć do bazy Bardzo Złowrogiej Korporacji.
- Przebierzmy się i zinfiltrujmy bazę!
- Ja przebieram się za Chewiego! - tsar błyskawicznie rzuca pomysłem.
- Z twoim wzrostem to co najwyżej możesz za Ewoka! - podsumowuje jak zawsze bezlitosny MG.
Obezwładniliśmy strażników:
- Szukam, czy nie mają jakichś pałek. - deklaruje Derek Arslan.
- Mają, w spodniach. - odpowiada MG z pokerową miną.
- Biorę jedną! - rzuca Derek, nie spodziewając się podstępu ze strony MG.
- …. Do buzi? - pyta MG, pragnąc doprecyzować.
- Ups…


James wystrzelał wszystkie naboje. Obmacuje Maxa, szukając magazynków do broni:
- Gdzie ten magazynek…
- O, tu… - rzuca Max zalotnie.
- To nie magazynek! … Czy to magazynek, czy cieszysz się że mnie widzisz?
- On ma magazynek… chyba od beretty…
- A może colta?
- Raczej tłumik snajperki!
- Hamulec wylotowy działa! - rozmarza się MG.
Guillermo Gonzalez, meksykanin słusznej postury, czeka na resztę drużyny w łódce zacumowanej przy wyspie, gdy reszta ekipy rozpoczyna walkę ze strażnikami:
- Idę w stronę hałasów. Ściskam w ręku pistolet znaleziony gdzieś w łódce.
MG opisuje:
- Guillermo idzie przez ciemny las… wiewiórki tryskają mu spod nóg...
MG opisuje Guillermo:
- Wasz towarzysz o wyglądzie piłki z wąsem biegnie…
- To się dobrze składa - mówi Gullermo - bo jako kulka nabiorę większego rozpędu!
Wszystkim przed oczami staje wiadoma scena z Indiany Jonesa: Poszukiwacze zaginionej Arki.


Max, czyli po godzinach obrońca sprawiedliwości Red Rage, knebluje Złego Człowieka.
- Ale czym? - pyta MG.
- Skarpetką, no… - tłumaczy Red Rage
- Lewą czy prawą? - docieka MG.
- Środkową… - rzuca Derek.
Robson ma pewne zatrzeżenia do ostatnich wydarzeń pełnych bydła:
- W ogóle nie czuję, że gramy w Zew Cthulhu!
MG marszczy brwi:
- Zapamiętajcie jego słowa… - na graczy pada blady strach.
Kolejny dosadny opis NPC autorstwa MG:
- Facet wygląda jak pizda satanizmu…
- Dżęder dotarł i do tej grupy?! - wzdycha ktoś ze smutkiem.
Wiecie, jak wygląda perwersja drużynowego hackera, Paxtona, wg MG, gdy potrzebujemy wyciągnąć dane z serwerów nowojorskiego portu?
- Rżniesz sieć portową aż miło...
Natknęliśmy się na bardzo podejrzany kontener. Derek, pochodzenia arabskiego, obznajomiony z problematyką imigracyjną, mówi:
- A w tym wielkim kontenerze jest pewnie 100 000 uchodźców, którzy maja być nosicielami robali kontrolujących ludzkie umysły!
Na twarz MG wpełza dziwny uśmieszek:
- Kurde, nie pomyślałem o tym!
- NIE PODPOWIADAJ MG!!! - krzyczą wszyscy gracze chórem.
Catherine, zawsze przepisowo czysta i odprasowana agentka FBI, sprawdza, czym smierdzą drelichy robocze, w które ma się przebrać. MG wyjaśnia:
- Jak to ubrania robocze. Śmierdzą smarem.
Catherine sie krzywi.
- A CZYM MAJĄ SMIERDZIEC? SZACHAMI?! - oburza się Derek.
- Szachami? Nie bardzo - mówi MG. - No, chyba że ktoś zbije konia…
MG odszedł na chwilę, więc od razu na początku akcji gracze zaczynają knuć, zerkając na plan sytuacyjny:
- Słuchajcie, te NPC teraz się przecież nie ruszają i nie reagują, chodźmy, zaglądnijmy do kontenera…
Po chwili MG wraca:
- Jak cię nie było, to zajrzeliśmy do kontenera i już spierdalamy, wiesz?  - tsar zwraca się do MG tonem, jakby własnie oznajmił, że ładną mamy pogodę.
MG jakoś się to nie spodobało… :’(
Uciekamy przed wielkim pająkiem, który wylazł z kontenera. Wszyscy zwiewają w popłochu, jedni towarzysze niosą drugich. MG opisuje, nie przebierając w słowach:
- Nagle dostajesz Jamesem.
Złe stwory uciekły ze swej krainy i chcą przezyć kosztem ludzkości, a pomaga im przejęta przez nie korporacja:
- To ruch pro life! - podsumowuje Robson.
- Raczej pro-insect! - prostuje tsar.
Szukamy kogoś, kto zna sie na mitach Cthulhu. Niestety nie znamy żadnej takiej osoby. MG zaczyna wymyślać NPC, ale wtedy z pomocą przychodzi Robson:
- „HARRY DRESDEN — WIZARD
Lost Items Found. Paranormal Investigations.
Consulting. Advice. Reasonable Rates.
No Love Potions, Endless Purses, Parties or Other Entertainment”
O dziwo, MG podłapuje temat:
- Znaleźliście kogoś. Nazywa się Harry Dresden...

* * *   

A teraz czas na kilka kwiatuszków z klimatycznych sesji systemu Sagas of the Icelanders, gdzie zadaniem graczy wcielających się w członków islandzkiego rodu jest… przeżycie kolejnego roku w surowym islandzkim klimacie. Ośmioletni Helgi, synek nadobnej Halldis, pomaga ojczymowi, Birkirowi, opiekować się owcami. Jednego bardzo mroźnego dnia okazuje się, że kilka z nich padło, a inne chorują. Helgi biegnie do zagrody owiec i zaczyna się do jednej z nich przytulać, nie chcąc, by zdechła. Dwie anonimowe graczki skrycie wypuszczają tabun bydła:

- Przytulanie owiec, tak to się teraz nazywa…?
- Dobrze, że jest taki mały… jeszcze nie sięga...
- Chyba, że owca leży... cholera.
- Beeeee!
- No wiesz, trzeba ją rozgrzac... a moze Helgi ma zydelek?
- W sumie co to szkodzi?
- Oj szkodzi szkodzi, owca się w międzyczasie wychłodzi...

Matrona rodu, leciwa Gudrun, staje do konfrontacji z podejrzanie wyglądającymi i uzbrojonymi po zęby najemnymi wojami. Chce ich przekonać, by wyjawili swe zamiary. Niestety rzut się nie udaje:
- Babcia mało rzuca... starość nie radość!
- A za młodu, oj, to się rzucało! (...w ramiona wojów, jak mąż nie patrzył!)


I tak oto okazało się, że babcia ma słabość do dzielnych wojowników. Z tej okazji powstaje pierwsze na świecie islandzkie haiku:
- Woje Mirmiła! / Babcia im miła!


Czas na bardzo dramatyczną, uczuciową scenę. Ottar, brat Birkira, zakłada na ramiona złoty łańcuch swojej dawnej kochance, Haldis, licząc na ponowne rozpalenie jej uczuć. Niesamowity nastrój podkreślają odpowiednie okoliczności przyrody. Padają niezwykle romantyczne słowa. MG mówi do Haldis:
- Czujesz ciężar tego łańcucha na szyi… Zaraz ci powiem, ile on jest wart… - MG liczy na to, że Haldis się skusi, ponieważ jej rodzina ma teraz duże problemy finansowe.
- A co mnie to obchodzi?! To taki romantyczny moment…- oburza się Haldis, zupełnie tracąc głowę dla dawnego kochanka.
- Dobra. - odpowiada MG. - Łańcuch warty jest w chuj.
- Jakie to romantyczne… - wzdycha Ottar.



Okazuje się, że mamy mało owiec, bo nam padły.
- Trzeba je będzie kupić albo rozmnożyć…- rozmyśla Birkir. - Czy jest ruch na rozmnażanie owiec? - dopytuje się o zawiłości mechaniki.
- Tak. Tak samo, jak na poczęcie dziecka. Jak rzucisz za mało, owce rodzą się chore lub zmutowane.
- Owce, dzieci, jeden pies...