niedziela, 9 kwietnia 2017

Wewnętrzny Wróg #7 - odcinek sponsorują bracia Heckler i Koch


Dzielny MG: Smartfox

Nieustraszeni gracze:
Agnar Ognistobrody (Robson) - krasnolud o chorobliwie bladej cerze, wojownik podziemny. Podróżuje po Imperium w poszukiwaniu córki, która wykazywała chorobliwe zainteresowanie rozkopywaniem grobów i uciekła z domu. Drużyna ma nadzieję, że nekrofilia nie jest u nich rodzinna.
Bruno Gottfried Rolfson (Ungrim) - diablo sprytny człowiek, chuderlawy skryba z darem wymowy i podejrzanie haczykowatym nosem, który zdecydowanie powinien zmienić profesję przynajmniej na szarlatana. Niestety wyrzucił swoje kultowe sandały do rzeki, przez co reszta drużyny straciła wiele okazji do żartów.
Eduard (Mijau) - młody halfling o złotym serduchu i głowie nie od parady, z nadwagą i brzęczącą kiesą. Często grozi mu niebezpieczeństwo utraty cnoty, ale póki co, udaje mu się ją zachować, ku zmartwieniu niektórych dam.
Erhardt (Żuk) - człowiek, ogromnie chutliwy, szpetny jak noc eks-szczurołap z zabitej dechami dziury zwanej Wurfel. Towarzyszy mu czujny, krwiożerczy (ale słodki) terier, wabiący się Johan Rutger. Obu głównie tylko wursty w głowach.
Sigrid Ranulfsdottir (MidMad) - potężna kobieta krasnoludzka o rubensowskich kształtach, białowłosa zabójczyni trolli. Ma słabość do dzielnych krasnoludzkich wojowników. W torebuni nosi warchlaczka o wdzięcznym imieniu Ludwig von Klangerhoffen. Jest przekonana, że wyrośnie z niego kiedyś groźny knur bojowy, o ile wcześniej nie zeżreją go jej towarzysze.
Vragni Grumdisson (Parasit) - zabójczo przystojny krasnolud z Zufbaru o krzaczastych brwiach, obecnie strażnik miejski, w bojach stracił rękę, ale nie ducha walki. Sigrid pała do niego (źle) skrywanym afektem. Przeważnie w środy wieczorem.


 Początek sesji. Robson nie jest pewien, czy go słychać, więc mówi donośnym głosem:

- Halooo?
Oczywiście pozostali członkowie drużyny to rasowe trolle, więc zapada cisza, aż nagle Ungrim mówi melodyjnym tonem:
- Wszyscy konsultanci są zajęci.



Trwa dyskusja o potrzebie umycia się coponiektórych członków drużyny przed wizytą u czcigodnego kupca. Czas mija, w końcu MG irytuje się:
- Naprawdę będziemy rozmawiać o myciu się? Ze szczegółami? Przecież to Warhammer! Gówniana gawęda!


Drużyna próbuje spotkać się z przedstawicielami pewnego rodu kupieckiego. Stają przed drzwiami do budynku. Wejścia pilnuje dwóch strażników. Żaden z nich ani myśli wpuścić bandy podejrzanych typków do środka. Gracze nie tracą rezonu i próbują udawać, że są zdrożonymi kupcami. Bruno popisuje się elokwencją:
- My w sprawie handlu żelazem i miedzią… rozumiesz, interesy, żelazny szlak…
Strażnik mierzy wzrokiem obszarpanych brudasów (czyt. drużynę) i stwierdza:
- Jak na was patrzę, to przychodzi mi na myśl tylko brunatny szlak.


Po wielkich trudach drużyna zostaje wpuszczona do kupca. Strażnik ma jednak ostatnią uwagę. Patrzy na towarzyszące drużynie zwierzęta i mówi:
- Świnia nie wchodzi.
- Erhardt, słyszałeś? Poczekaj - stwierdza Bruno niewinnie.
Vragni oddycha z ulgą:
- Już mu chciałem jebnąć, bo myślałem, że mówi o Sigrid!

Rozmowa z kupcem, który właśnie przestrzega śmiałków:
- Lepiej nie wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Bruno znacząco zerka na chutliwego Erhardta:
- My tu mamy jednego, co też wtyka, ale nie nos…
MG nie wytrzymuje:
- Czy wy nie możecie przeprowadzić chociaż jednej rozmowy, która nie kończyłaby się na chujach?!


Trubadur o świcie deklamuje miłosne strofy pod balkonem ukochanej, z którego ta nadobna, choć zażywna niewiasta (czule nazywana przez niego “smoczkiem”) wysłuchuje jego repertuaru w zachwycie. Nagle na balkon wpada jej rozeźlony mąż:
- Ja mu dam, temu gnojkowi chędożonemu! - i zaczyna ładować kuszę.
Bruno stwierdza rezolutnie:
- Czy to słowik kląska o poranku, czy może to dźwięk naciąganej kuszy wałowej?


Mąż strzela w kochliwego barda, ale pudłuje. Bruno korzysta z okazji i udaje, że bełt trafił w niego:
- Ach! Zranionym! Trafili mnie! Z kuszy! - krzyczy teatralnie.
Na męża pada blady strach:
- Olaboga! Człowieka niewinnego trafiłem! To niechcący, źle wymierzyłem… A przecież to najlepszy model kuszy! Kupilem go u braci Heckler i Koch!


Ocalały bard tłumaczy drużynie swoje hobby - przyprawianie rogów mężom, którzy zaniedbują swoje żony:
- Przecież kobieta ma prawo do satysfakcjonującego pożycia nocnego!
Bruno uspokaja trubadura:
- Wiemy wiemy, mamy wyspecjalizowaną jednostkę bojową - tu patrzy na Erhardta, który kraśnieje z dumy.

Drużyna robi zasadzkę w parku. Niestety przeszkadza im w tym jakaś para kochanków, migdaląca się w pobliskich krzakach. Erhardt bez obciachu podchodzi do nich, przerywając im w strategicznym momencie, i mówi:
- Czy państwo mogliby się przesunąć trzy krzaki dalej? Bo my tu z kolegą chcieliśmy… Ekhem.
Oczywiście para uciekła w popłochu.


Jakiś czas później Erhardt rozmawia z ulicznikiem, którego grupa pomaga drużynie w przeprowadzeniu pewnej akcji:
- Zmiana planów jest!
- Ale dobra zmiana? - upewnia się rezolutny ulicznik.


Erhard dziwnie chodzi, szeroko stawiając stopy. Napotkany medyk przygląda się mu i stwierdza:
- To chód kaczkowaty! Objaw syfilisu!
- Eeee nieee, panie - wyjaśnia Erhardt - Mi się po prostu jajko do uda przykleiło!

Drużyna idzie do świątyni Wener… Wereny. Kapłanka przygląda się Erhardtowi:
- Co on tak dziwnie chodzi? Chód kaczkowaty? Chory jest?
- Nie, jajko mu się do uda przykleiło… - odpowiada chórem reszta drużyny.


Siedziba pewnego rodu kupców jest pod dokładną obserwacją drużyny ze wszystkich stron. MG buduje napięcie. Niektórzy obserwatorzy są świadkami niecodziennych wydarzeń. W końcu z powagą w głosie następuje kulminacyjny moment akcji. MG pyta:
- Kto obserwuje przód domu Teugenów?
-  Ja! - Wykrzykuje Bruno z entuzjazmem.
- To tam nic a nic się nie dzieje. - wyjaśnia bezlitośnie MG.



Między sesjami gracze rozważają, czy drużyna mogłaby sobie kupić zamek, i jaki. Robson podrzuca pomysł ze zdjęciem:
- Tropsztyn! To znaczy wytryskujący kamień... - w sumie mogłaby być siedziba rodu Erharda - tylko w Starej Mowie to byłby Wursztyn!
- Pomyślcie, jakby to brzmiało: „Zamek Wursztyn pod Wałbrzuchem”!
Wurstowi z Wurfla na pewno ten pomysł bardzo przypadł do gustu ;)


MG spogląda na mapę i zastanawia się na głos:
- Ale dlaczego ja nazwałem karczmę „Kraniec podróży “ - „Kraniec podróży w worze”? Co mnie podkusiło?
Życzliwi gracze wyjaśniają:
- Bo tam był wcześniej wielki kutas narysowany i akurat tak karczma się umiejscowiła…
- Aha. No tak. Rozumiem. - wzdycha MG.

karczma_w_worze.jpg
Zdjęcie - dowód rzeczowy.


Bruno obmyśla nowy plan:
- Te, Erhardt... - zaczyna. W tym momencie rozlega się telefon i MG odchodzi.
- Erhardt, ponieważ MG odszedł - kontynuuje płynnie Bruno - to przyznaj sobie 20 pedeków.


MG mówi o niziołku Eduardzie:
- Nie zostawiajcie go samego w dzień bo po tej okrągłej fizjonomii i kolorowych szatkach dzieci go wezmą za piłkę plażową i przykopią go wam do karczmy!


Drużyna zapoznała się z krasnoludem Gothrim, lokalnym pijaczyną. Niestety krasnoludowi się umarło podczas festiwalu, który od kilku dni panuje w mieście. Postacie krasnoludów postanawiają zająć się zwłokami pobratymca zgodnie z ich tradycją. Po drodze słuchają tyrady pijanej straży miejskiej, narzekającą na zorganizowaną przez władzę akcję Bezpieczne Miasto, polegającą na kontroli pijanych woźniców, przeprowadzaniu dzieci i staruszków przez miejskie ulice i takie tam inne nudziarstwa.
Zapada cisza, wszyscy zastanawiają się nad tym, jak przetransportować ciało krasnoluda. Wreszcie pada pomysł:
- To my mu zrobimy akcję Znicz!


Znany drużynie bard i Bruno przerzucają się tekstami w języku klasycznym. Padają zwroty typu „Petunia nie omlet” itp. Scena się przedłuża, Bruno błyska swoją elokwencją. Zniecierpliwiony bard wreszcie mówi:
- Bruno, ty to raczej jesteś qui penis aquam turbat!


MG patrzy na mapkę, a tam znów ktoś dorysował… co? Ano, kutasa. Na odmianę.
- A ja myślałem, że grzyby to tylko na jesień - mówi w zamyśleniu.

grzybek.png
Czas na grzybobranie!


Bruno opowiada komuś, jak drużyna poradziła sobie z demonim przeciwnikiem:
- Zło ubiły krasnoludy, a głównie Erhardt - spogląda na swojego towarzysza (bynajmniej nie krasnoluda) z dumą.


Scena finałowa w magazynach kupieckich przy dokach. MG opisuje morfującego demona i każe rzucać na opanowanie tym, którzy zaglądają do środka. Oczom śmiałków ukazuje się obrzydliwa postać z wieloma nogami, przepoczwarzającą się i budzącą trwogę w sercach wrogów… Dzielny, lecz lekko nadąsany wojownik Agnar stwierdza, nie chcąc narazić się na utratę honoru:
- To ja nie zaglądam.


(Anty)bohaterom udało się ujść z życiem. Koniec sesji, emocje opadają. Parasit żegna się z resztą drużyny, a wtedy Ungrim przypomina sobie o cotygodniowym rytuale trollerskim:
- Parasit już poszedł? To zmień mu znowu inicjatywę na niższą…